Reklama

Kwietniowe karpiowanie

19/04/2015 12:18

12 kwietnia przyszedł w końcu czas na pierwsze w tym roku karpiowanie. Rok temu sezon z karpiem rozpocząłem 1 marca. W tym roku z powodu braku czasu wyjazd cały czas się przesuwał, aż w końcu 12 kwietnia doszedł do skutku.

Kwiecień tradycyjnie wita mnie dziwną (chyba można to tak nazwać) pogodą. Zaraz po świętach, we wtorek miałem jechać na karpie, a tu spadł śnieg, który po dwóch godzinach stopił się i zostawił wszędzie dużo wody. Kolejny wolny termin – sobota albo niedziela. Sobota wyjazd do Krosna do sklepów wędkarskich (zakupy przed trzydniową majową zasiadką), a niedziela... chyba wolna. Trzeba próbować, może pogoda dopisze – pomyślałem. Ale wiadomo, pogoda w kwietniu bywa nieprzewidywalna. W sobotę ponad 18*C w cieniu! A w niedzielę zaczęło wiać i temperatura spadła do 12*C. Zastanawiałem się czy to w znaczny sposób nie wpłynie na żerowanie ryb oraz czy jest w ogóle sens gdziekolwiek jechać. Ale przekonanie, że w tym roku nie zaliczyłem jeszcze karpiowego wypadu wygrało.

Reklama

Godzina 9 i melduję się na stawie w Bartoszowie. Tradycyjnie przywitał mnie tam dość mocny wiatr, który w miarę upływu dnia (chciałbym powiedzieć, że słabł...) stawał się coraz silniejszy. Zza chmur czasami wychodziło słoneczko, ale to bardzo rzadko. Dzień należał do chłodniejszych i nie zapowiadało się, żeby to się zmieniło. Po przyjeździe na łowisko standardowo szybki rzut oka na tablicę ogłoszeń. A tu informacja: "Z powodu dużego zarybienia końcem roku 2014 i początkiem 2015 ograniczona zostaje...". Staw został zarybiony: amurem, tołpygą, karasiem, karpiem, linem i tęczakiem. Zapowiada się ciekawie. Ale jak będzie...? Na pewno ciasno. Na łowisku zastajemy dużą liczbę wędkarzy. Ale jeden brzeg jest cały wolny. Jak już wspomniałem wieje mocny wiatr. Z brzegu, który był wolny trudno było zarzucać (rzuty trzeba było oddawać pod wiatr). To pewnie dlatego został wolny...

Sprzęt już na naszym stanowisku, przynęty i zanęty przygotowane, więc zestawy do wody! Tata ledwo zarzucił wędkę i nie założył jeszcze sygnalizatora, a tu żyłka ucieka z kołowrotka. Na brzegu ląduje standardowej wielkości karp z zarybienia. Postanowiłem dzisiaj przetestować sprzęt jaki postanowiłem kupić na majowy, trzydniowy pobyt na jednym z moich ulubionych łowisk. Testowałem nową żyłkę, przypony, które zrobiłem przez zimę, nowy sygnalizator oraz swingera... I to co zostało w mnie po zeszłym sezonie. Na szczęście nie było źle. Tata niedługo po pierwszej rybie zacina następną. Łowi jakieś 20 metrów od brzegu. Niewielka odległość, ale trudno w tych warunkach osiągnąć większą. Po krótkim holu na brzegu ląduje podobnej wielkości do pierwszego karp. Tata łowił na kukurydzę konserwową, natomiast ja na kukurydzę dipowaną w miodzie. Zmieniłem więc miód na normalną. Po około 20 minutach branie. Zacinam i czuję ten piękny impuls walecznego karpia. To jest to czego brakowało przez zimę. Po chwili na brzegu witamy około 40-cm karpia. Pierwszy w sezonie jest. Teraz czekamy na większego, ale to pewnie dopiero w maju... Tutaj raczej ponad 7 kg nie uda się złowić. Chociaż może jednak... Warto próbować, może akurat. Karp do wody i łowimy dalej. Tym razem na włos zakładam po jednej kukurydzy z: zanęty, puszki (konserwowej) oraz dipowaną w miodzie. Czekam jakieś 30 minut. W tym czasie tata zacina karpia. Ryba jest wielkości podobnej do pozostałych. Karp, który skusił się na moją przynętę miał wielkość około 35 cm. Był on najmniejszy ze wszystkich dzisiejszych, ale cieszył. 

Reklama

W okolicach godziny 16 zaczęło bardzo mocno wiać, a brania na całym stawie ucichły, więc postanowiliśmy wrócić do domu. Jednak dzień można zaliczyć do udanych.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama