Reklama

Lipcowa wyprawa

16/03/2009 19:27
Lipcowa wyprawa.
17 lipiec 2008, dzwoni budzik trzecia z rana wstaje na równe nogi , tak się wstaje tylko na ryby . kanapka szybka kawa , krótki przegląd sprzętu , i już jestem w samochodzie , kierunek znany , najpierw zajechać po brata potem po przyczepę i łódź , i już jedziemy na nasze dobrze znane łowisko , jezioro Sumowo oddalone zaledwie o dwadzieścia kilometrów .od mojego miasta.
Tyle samo minut co kilometrów i już jesteśmy u celu naszej wyprawy, patrzymy w niebo , ani jednej chmurki , słońce w pełni na termometrze jest już prawie dwadzieścia stopni.
Zgodnie mówimy to będzie dobry dzień na zębatego.

Zdejmujemy łódkę , montuję silnik i do wody , w pierwszych rzutach zaledwie pięćdziesiąt metrów od miejsca wodowania łódki mamy pierwsze bonusy w postaci szczupaka ok. trzydziestu pięciu cm , oraz kilku małych okonków , uśmiech na twarzy – są małe to będą i duże , ale żaden z nas nie wierzył w te słowa. Jeszcze godzina brań małych okonków i cisza , tylko słońce nie dawało o sobie zapomnieć i z minuty na minutę podnosiło temperaturę patelni o kilka stopni. Pływaliśmy od zatoki do zatoki od krzaczka do krzaczka i nic , ryby zerwały współpracę i to tak że jedyny ślad po rybach to zapach rąk po odpinanych rybich karłach .

Mijały godziny i było już widać zrezygnowanie na naszych twarzach , zgodnie mówimy , jeszcze parę miejscówek , jak nic nie będzie brało to spadamy do domu , żony czekają ..podpływam pod wcześniej upatrzoną miejscówkę , wrzucam kotwicę zakładam rippera zupełnie nowego i do wody , w drugim lub trzecim rzucie mówię do brata nie dość że nie bierze to jeszcze stracę przynętę bo mam zaczep jak cholera nawet nie drgnie , spinning się wygiął żyłka się napięła i dopiero po dziesięciu sekundach usłyszałem gwizd hamulca , jakież zdziwienie widziałem w oczach brata , takie same było pewnie i u mnie .

Wziął bydlak i nawet nie miał zamiaru się ruszyć , dopiero napięcie żyłki i smak wbijającego się haka zmusił rybę do reakcji i bardzo długiego odjazdu w stronę przeciw ległego brzegu zatoki w stronę trzcin i zwalonego przez bobry drzewa. Nerwowo zacząłem podkręcać hamulec w obawie oto że ryba wbije mi się prosto w te zaczepy. Zatrzymała się , znowu stała bez ruchu jakieś pięć sekund ,i znowu ruszyła do ucieczki , serce , to myślałem że mi zaraz wyskoczy przez sam środek klatki piersiowej , adrenalina rosła , walka o życie i o wymarzone trofeum trwała , wydawało by się że bez upragnionego finiszu. Mijały minuty a ryba jeszcze ani razu nie dała się zobaczyć , dopiero po około dziesięciu minutowym boju po raz pierwszy.

Dała się troszkę obejrzeć , jakież było moje zdziwienie taaaakiej ryby jeszcze nie miałem , już wiedziałem , szczupak ale jaki , boże daj mi go złowić, pomyślałem , i znowu zryw pociągnął łódkę w takie krzaki że silnikiem ledwo ją wyciągnąłem , zauważyłem wtedy że ryba zaczęła tracić siły i już coraz lżej dawała się podholowywać w stronę łodzi , wtedy to brat zapytał mnie o coś do podebrania , w plecaku mam chwytak , znalazł , następne pytanie brzmiało jak się to obsługuje ? Jezu jaką złość we mnie wzbudziło jego zagadywanie , pokazywałem przecież mu nie raz ten gadżet .

Wtedy zamierzałem dać mu wędkę a samemu zajać się jej podebraniem , ale bałem się poluzowania żyłki , wiadomo , powoli podholowałem rybę do burty łódki i wtedy dopiero zaczęło się najgorsze , nieudolność podbierającego aż raziła , boże pomyślałem daj mi go ,wtedy to rozwierające się szczęki chwytaka zapinały się na górnej wardze szczupłego . zapinały się ale się nie zapięły , ześlizgnęły się a wraz nimi upragniona zdobycz ,przy drugim podejściu ryba już się prawie odpięła widziałem już bardzo dużą dziurę po haku w jej pysku , zdołałem ją tylko podholować w stronę łodzi lecz nie mogłem jej nic a nic unieść do góry , wtedy to brat postanowił podebrać ją pod skrzela lecz znowu mu się wyślizgnął , było po sprawie . widziałem tylko opadającą rybę w stronę dna , raz za razem coraz bardziej rozpływającą się w czeluściach ciemnej wody .ileż to złości wtedy przelałem na mojego kompana , ale nic była jedna , pewnie nie, są jeszcze większe . z minuty na minutę złość zdawała być coraz mniejsza , Aż w końcu zupełnie mi przeszło , powiedziałem wtedy

- wiesz co ? ta ryba walczyła o życie i wygrała , dobrze się stało
Pływaliśmy jeszcze trochę i udało się jeszcze złowić po jednej sztuce na kolacje 55 i 53 cm ,
Tamtego szczupłego szacuje na 100-110 cm i 10-12 kg wagi .
Skończyliśmy łowienie i z uśmiechem wróciliśmy do domu, teraz tylko w żartach wypominam mu jego nieudolność podbierania.


Tekst .margor 1976
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama