Lipcowa wyprawa. 17 lipiec 2008, dzwoni budzik trzecia z rana wstaje na równe nogi , tak się wstaje tylko na ryby . kanapka szybka kawa , krótki przegląd sprzętu , i już jestem w samochodzie , kierunek znany , najpierw zajechać po brata potem po przyczepę i łódź , i już jedziemy na nasze dobrze znane łowisko , jezioro Sumowo oddalone zaledwie o dwadzieścia kilometrów .od mojego miasta. Tyle samo minut co kilometrów i już jesteśmy u celu naszej wyprawy, patrzymy w niebo , ani jednej chmurki , słońce w pełni na termometrze jest już prawie dwadzieścia stopni. Zgodnie mówimy to będzie dobry dzień na zębatego.
Zdejmujemy łódkę , montuję silnik i do wody , w pierwszych rzutach zaledwie pięćdziesiąt metrów od miejsca wodowania łódki mamy pierwsze bonusy w postaci szczupaka ok. trzydziestu pięciu cm , oraz kilku małych okonków , uśmiech na twarzy – są małe to będą i duże , ale żaden z nas nie wierzył w te słowa. Jeszcze godzina brań małych okonków i cisza , tylko słońce nie dawało o sobie zapomnieć i z minuty na minutę podnosiło temperaturę patelni o kilka stopni. Pływaliśmy od zatoki do zatoki od krzaczka do krzaczka i nic , ryby zerwały współpracę i to tak że jedyny ślad po rybach to zapach rąk po odpinanych rybich karłach .
Mijały godziny i było już widać zrezygnowanie na naszych twarzach , zgodnie mówimy , jeszcze parę miejscówek , jak nic nie będzie brało to spadamy do domu , żony czekają ..podpływam pod wcześniej upatrzoną miejscówkę , wrzucam kotwicę zakładam rippera zupełnie nowego i do wody , w drugim lub trzecim rzucie mówię do brata nie dość że nie bierze to jeszcze stracę przynętę bo mam zaczep jak cholera nawet nie drgnie , spinning się wygiął żyłka się napięła i dopiero po dziesięciu sekundach usłyszałem gwizd hamulca , jakież zdziwienie widziałem w oczach brata , takie same było pewnie i u mnie .
Wziął bydlak i nawet nie miał zamiaru się ruszyć , dopiero napięcie żyłki i smak wbijającego się haka zmusił rybę do reakcji i bardzo długiego odjazdu w stronę przeciw ległego brzegu zatoki w stronę trzcin i zwalonego przez bobry drzewa. Nerwowo zacząłem podkręcać hamulec w obawie oto że ryba wbije mi się prosto w te zaczepy. Zatrzymała się , znowu stała bez ruchu jakieś pięć sekund ,i znowu ruszyła do ucieczki , serce , to myślałem że mi zaraz wyskoczy przez sam środek klatki piersiowej , adrenalina rosła , walka o życie i o wymarzone trofeum trwała , wydawało by się że bez upragnionego finiszu. Mijały minuty a ryba jeszcze ani razu nie dała się zobaczyć , dopiero po około dziesięciu minutowym boju po raz pierwszy.
Dała się troszkę obejrzeć , jakież było moje zdziwienie taaaakiej ryby jeszcze nie miałem , już wiedziałem , szczupak ale jaki , boże daj mi go złowić, pomyślałem , i znowu zryw pociągnął łódkę w takie krzaki że silnikiem ledwo ją wyciągnąłem , zauważyłem wtedy że ryba zaczęła tracić siły i już coraz lżej dawała się podholowywać w stronę łodzi , wtedy to brat zapytał mnie o coś do podebrania , w plecaku mam chwytak , znalazł , następne pytanie brzmiało jak się to obsługuje ? Jezu jaką złość we mnie wzbudziło jego zagadywanie , pokazywałem przecież mu nie raz ten gadżet .
Wtedy zamierzałem dać mu wędkę a samemu zajać się jej podebraniem , ale bałem się poluzowania żyłki , wiadomo , powoli podholowałem rybę do burty łódki i wtedy dopiero zaczęło się najgorsze , nieudolność podbierającego aż raziła , boże pomyślałem daj mi go ,wtedy to rozwierające się szczęki chwytaka zapinały się na górnej wardze szczupłego . zapinały się ale się nie zapięły , ześlizgnęły się a wraz nimi upragniona zdobycz ,przy drugim podejściu ryba już się prawie odpięła widziałem już bardzo dużą dziurę po haku w jej pysku , zdołałem ją tylko podholować w stronę łodzi lecz nie mogłem jej nic a nic unieść do góry , wtedy to brat postanowił podebrać ją pod skrzela lecz znowu mu się wyślizgnął , było po sprawie . widziałem tylko opadającą rybę w stronę dna , raz za razem coraz bardziej rozpływającą się w czeluściach ciemnej wody .ileż to złości wtedy przelałem na mojego kompana , ale nic była jedna , pewnie nie, są jeszcze większe . z minuty na minutę złość zdawała być coraz mniejsza , Aż w końcu zupełnie mi przeszło , powiedziałem wtedy
- wiesz co ? ta ryba walczyła o życie i wygrała , dobrze się stało Pływaliśmy jeszcze trochę i udało się jeszcze złowić po jednej sztuce na kolacje 55 i 53 cm , Tamtego szczupłego szacuje na 100-110 cm i 10-12 kg wagi . Skończyliśmy łowienie i z uśmiechem wróciliśmy do domu, teraz tylko w żartach wypominam mu jego nieudolność podbierania.
Komentarze