Spokojna tafla wody zaporowego zbiornika, wokół szczyty Tatr, piękne słońce, sporadyczne chmury i do tego sandacze – brzmi jak bajka prawda? A to typowy październikowy dzień na zbiorniku Liptovska Mara na Słowacji. Okazuje się, że aby połowić drapieżniki późną jesienią w pięknych okolicznościach przyrody wcale nie trzeba przedzierać się przez Bałtyk na skandynawskie pustkowia. Wystarczy kilkadziesiąt kilometrów od granicy i już jesteśmy nad jednym z piękniej położonych zbiorników zaporowych – Liptovską Marą. Charakterystyka akwenu nie odbiega do innych typowych zaporówek – duże głębokości, wahania stanu wody w ciągu roku, dość twarde - kamieniste dno o bardzo nieregularnym kształcie – wiele górek, rowów, starorzeczy i meandrów koryta rzeki i jej dopływów do tego kilka wysp. Słowem bajka dla zapalonego spinningisty uganiającego się za sandaczem, okoniem i szczupakiem. Dodatkowo sztuczne jezioro obfituje w pstrąga tęczowego często malowniczo wyskakującego z wody (sam widziałem wiele razy). Zbiornik jest również oazą dla karpiarzy – ich ilość wokół brzegów dowodzi, że jest to zasobny w rekordowe okazy tej ryby akwen. Do tego oczywiście klasyka zaporówek – leszcz, sielawa, sieja, lin, boleń (sporo dużych okazów), sum i węgorz. To wszystko zapowiadało, że tygodniowy pobyt naszej ekipy wypadnie bardzo udanie. Wyposażeni w stosowny sprzęt po wieczornych ustaleniach strategii – byli z nami koledzy, którzy znają ten zbiornik więc polecili kilka miejsc – z samego rana ruszamy na wodę. Schodzimy do łódki a tu… MGŁA! Taka mgła, że kompletnie nic nie widać na kilka metrów. Razem z partnerem na łodce – Zdziśkiem Rudakiem usiłujemy na minimalnym biegu poruszać się pod fale w nadziei, że w ten sposób dotrzemy na kilka miejscówek ulokowanych w pobliżu tamy. Niestety wiatr się ciągle zmienia, a słońca nie widać. Wkrótce odkrywamy, że praktycznie kręcimy się w kółko.
Na szczęście po około dwóch godzinach promienie słońca ogrzewają powietrze na tyle, że mgła opada. Testujemy kilka miejsc, słońce co raz mocniej przygrzewa – bez efektu. Postanawiamy wrócić na obiad i zastanowić się nad kolejnymi miejscami do przetestowania.
Po 15ej meldujemy się znów na wodzie. Ruszamy pod przeciwległy brzeg jeziora. Tym razem wiatr nieco przybiera na sile co powinno pomóc w skutecznym łowieniu. Znajdujemy ciekawe miejsce z rowem po środku. Spady z 10 na 13-14 metrów po obu stronach wróżą ciekawe wyniki. I faktycznie, po kilkunastu minutach podbieram pierwszego sandacza, za chwilę Zdzisiek swojego.
Do zmierzchu mamy po kilka sandaczy i do tego ładne okonie. Spływamy z wody ustalając, że następnego dnia od razu przypłyniemy na znalezione przez nas miejsce. Kolejny dzień był najładniejszym w całej wyprawie – od rana piękne słońce i ciepło. Pomimo kompletnego braku wiatru tego dnia również udaje nam się w tym samym miejscu połowić kilka sandaczy i okoni, które przypływając stadem potrafiły brać równolegle mi i Zdziśkowi w tym samym rzucie.
Kolejny dzień znów mglisty więc wypływamy dość późno. Tym razem ja mam tylko kilka niezaciętych brań, Zdzisiek łowi ładnego sandacza i okonia. Następnego dnia wymiana łódek – ja przesiadam się do Tadka na jego prywatnego Fishmakera z mocnym 40km silnikiem.
Testujemy kilka miejsc, w których Tadek wcześniej miał dobre efekty. Pierwsza miejscówka – okolice tamy. Są brania ale słabe jakby niedużych okoni. Tadek wyciąga kilka niewymiarowych sandaczy. W pewnym momencie w mojego koguta uderzyło coś mocniej, zacinam i holuję. Wyciągam bardzo ładnego okonia. Mierzymy go na łódce – 41 cm! Moja okoniowa życiówka.
W tym samym miejscu zacinam również na koguta jako przyłów szczupaka, który wyraźnie uciekł z paszczy jakiegoś potwora. Świeże szramy na ogonie świadczą jak duże drapieżniki mieszkają w Liptovskiej Marze. Wiatr mocno daje się we znaki – koledy na słabszej łódce muszą kryć się w zatokach bo nie są w stanie utrzymać się na wzburzonych falach.
Niestety piękne chwile szybko mijają i kiedyś trzeba wracać. Tygodniowy pobyt przeleciał jak z bicza strzelił. Wiem jednak, że na pewno wrócę nad Liptowską Marę nie raz. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego zbiornika – raz, że z Polski bardzo blisko - dwa że woda bardzo piękna, rybna i do tego z niesamowitymi widokami - trzy, że okolica obfituje w atrakcje turystyczne i nawet jeśli zabierzemy „niełowiących” to nie będą się nudzić. Słowem wędkarska bajka na Słowacji - Liptovska Mara
SUPLEMENT: W związku z licznymi pytaniami o koszty i sprzęt mogę dodać tyle - tygodniowy pobyt powinien zamknąć się kwotą 500-600 zł na osobę wraz z wyżywieniem (zabieraliśmy je z Polski ale w pobiliżu jest dużo marketów - Tesco, Lidl itd., nie ma problemów z zakupami). Licencja kosztuje w zależności od czasu - na tydzień kosztowała nas 70 Eur (spinning z łódki).
Co do sprzętu - typowy na sandacze: kije 10-40gr ja osobiście łowię na Team Dragona 2,4m w tej gramaturze i spisuje się wyśmienicie. Do tego dobra plecionka - używałem Sufixa ale miałem okazję zobaczyć jak spisuje się Dragonowa HM8X i przyznam szczerze byłem pod ogromnym wrażeniem - cichutka, wręcz śliska w dotyku i do tego faktycznie okrągła w przekroju. Przynęty - cóż są różne szkoły, po ubiegłorocznym wypadzie nad szwedzkie Bolmen nastawiłem się na gumy Lunker City w kolorze anchovies ale na Liptovskiej okazały się nieskuteczne. Po rozmowie ze słowakami zacząłem używać kogutów i właściwie głównie na nie łowiłem jak również część kolegów. Na koguty łowiły się sandacze, okonie a nawet szczupaki. Do tego specjalnie na okonie zakładałem twistera w kolorze bladoniebieskim i lekkim brokatem też się sprawdzał w swojej roli. Wiem, też że dobre efekty dawały rippery w kolorze żółtym w różnych odcieniach.
Komentarze