Reklama

Listopadowe wędkowanie

22/11/2008 15:14
Ostatni weekend nie przyniósł rewelacji w połowie szczupaków. Postanowiliśmy więc z kolegą spróbować kolejny raz powędkować w świąteczny wtorek, w końcu to święto narodowe więc może i „zębate” z tej okazji będą lepiej zagryzać. Pogoda wymarzona (jak na listopad), ale mimo słońca dało się odczuć nieuchronnie zbliżający się okres zimowy. Osobiście nie przepadam za tą porą roku.

Tak więc ruszamy, Jurek w lewo, ja w prawo umawiając się wcześniej na godz.14.00 na gorącą herbatkę. Pierwsze rzuty bez sensacji, zmieniam przynęty, rippery na błystki, błystki na twistery, te z kolei na woblerki, kopyta, ale żadnych pobić. Szukam dalej, zmieniam sposób prowadzenia przynęty wlecząc ją wolno tuż nad dnem. Czuję jak po drodze zbieram jeszcze żyjącą roślinność podwodną, ale wyczuwam też puknięcia, typowe dla okonia. A może to jednak zaczep, dla pewności zakładam małą obrotówkę. Po kilku rzutach zahaczony okonek, potem następny, kolejny. Wymiar w granicach 17-22 cm, oczywiście wróciły do swojego środowiska, a ja miałem uciechę.

Idąc dalej mijam parkę pięknych łabędzi, a między drzewami dostrzegam małą wiewiórkę zbierającą zapewne zapasy na zimę. Zauważyłem też wśród szarej już roślinności ładny bukiet późnojesiennych kwiatów.Czyżby to były oznaki, że zima jednak jeszcze daleko…

Wracam do łowienia, teraz na haczyku biały twisterek, wyrzut, kilka obrotów i branie, jak się okazało był to leszczyk, pierwszy w mojej wędkarskiej historii złowiony na sztuczną przynętę. Potem był jeszcze jeden mniejszy. Zgodnie z umową spotykamy się z Jurkiem, łyk gorącej herbatki, krótki odpoczynek, relacje i dalej w drogę, za dwie i pół godziny przecież już zmierzch. Zapadła decyzja – jedziemy na inny odcinek rzeki, mamy jeszcze dobre dwie godziny łowienia.

Nowe miejsce, nowe nadzieje. Tym razem idziemy w jednym kierunku. Jurek „zawiesza”swoje ulubione kopyto, ja wierny perłowym twisterom. Tu przynajmniej widać życie w wodzie, ryba się spławia i czasami coś pogoni, ale to okonie, a my chcemy „zębatego”. Jak mawiają – mówisz i masz i …kolega ląduje 59-centymetrowego. Nie chcąc być „gorszym”, znowu zaczynam kombinować, próbuję jakby jiggować? Nic z tego, twardy zaczep, jakiś wrak? Dużo się nie pomyliłem, przez ”polaroidy” dostrzegam jakby zatopione podwozie samochodu. Nowy przypon, nowa przynęta.

Mam w końcu branie, kilka obrotów korbką i... „spięty”. Oglądam zestaw, wszystko na miejscu więc dlaczego się wyhaczają? Odginam lekko do góry hak na twisterze, może będzie lepiej…
Po kilkunastu rzutach kolejne branie, tym razem na błystkę, uderzenie dość mocne, hol nie sprawiał kłopotu, ale im bliżej brzegu przeciwnik stawał się bardziej oporny. Popuszczam hamulec i uświadamiam sobie, że po ostatnim zerwaniu nie zamontowałem „stalki”, emocje więc tym większe. Jeszcze kilka zrywów zszokowanej ryby i ląduje ją na wilgotnej trawie tuż przy wodzie. Miarka (61 cm), strzelam fotkę i … żyj długo stary.

Zaczyna na dobre się ściemniać, nie bardzo już widzę gdzie zarzucam zestaw, tylko uderzenie przynęty o wodę daje sygnał, że „nie siedzę” na jakimś drzewie. Czekam, aż opadnie na dno, skręcam kołowrotkiem i już czuję pulsowanie szczytówki. Myślę sobie wziął z opadu, a może to „sandał”. Stoję na dość wysokiej skarpie i już obmyślam jak go podebrać, jeszcze kilka obrotów korbką, jest przy brzegu, to jednak „szczupły”. Klękając sięgam po rybę lądując ją…… nie wiem gdzie bo wokół zupełne ciemności.

Po tych mrocznych emocjach, mierzę/ważę rybkę – 72 cm/ok.2,30kg. Tak sobie myślę, może to już jedna z ostatnich zdobyczy w tym sezonie, w końcu zima za plecami i postanawiam ją zabrać.
Tradycją (chyba nie tylko moją?) już jest, że na wigilijnym stole nie może przecież zabraknąć „swojskiej” rybki…

Pozdrawiam „Zdzichu”




Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama