Dzielicie się koledzy swoimi przygodami , więc ja też postanowiłem się podzielić z Wami. Mając około 14 lat i będąc na wakacjach u dziadków, którzy mieszkają jakieś 50 metrów od jeziora. Postanowiłem, że wybiorę się na ryby. Konkretnie nie byłem nastawiony czy to będzie leszcz, płoć czy lin. Wchodzę do garażu dziadków i zaglądam do szafy i szukam zanęty. Niestety dzień wcześniej ojciec był na rybach i wykorzystał wszystko. No się wkurzyłem jak nic, nie miałem wtedy jak się domyślacie prawka, a sklep wędkarski oddalony o 12 km. Krótko mówiąc nie miałem z kim pojechać. Porażka na całej linii. No ale kiedyś zanęt nie kupowałem tak jak dziś. Pierwsza myśl jak mi przyszła to to, żeby ogarnąć samemu "coś". Długo się nie zastanawiając poszedłem do chlewka, gdzie dziadek ma "śrutownik" czy jakoś tak to się nazywa. Wziąłem śrutę czy coś jakoś tak ( mielone zboże ), w każdym razie grubsza struktura. Wziąłem jakieś 2 kilo tego specyfiku poszedłem do domu dziadków do tego dodałem jakieś 2 szklanki kawy zwykłej, ok. 1 szklankę kakao, cały olejek waniliowy i jeśli dobrze pamiętam cukier waniliowy. Wkurzony i bez wiary, że coś złowię poszedłem nad wodę. "Zanęta" własnej produkcji trafiła do wody. Brań za dużo nie miałem, ale finalnym efektem było 3 liny każdy powyżej kilograma ;) Mało tego zarówno w dniu pierwszym, drugim i 3 gdzie poszedłem na rybki złowiłem po 3 liny :D no i oprócz tego jakieś płotki. Szok niesamowity, że takiego "cudaczne" jadło zwabiło liny z rezultatem 3 dni połowu i 9 linków !!!
Chciałbym dodać jeszcze, że złowione liny na tym jeziorku to naprawdę coś wyjątkowego i nie należącego do widoku powszedniego.
Komentarze