01.05.2013r.- na długo zapamiętam ten dzień. Wybrałem się pospinningować z bratem ciotecznym Krzyśkiem, nad mój staw. Wypłynęliśmy tratwą. Początek wyprawy nie zapowiadał się dobrze. Nastawiliśmy się na szczupaki, które nie chciały wcale współpracować. Po kilkunastu minutach na moim woblerku wylądowała...martwa żaba. Trochę potrwało jej zdejmowanie. Pomyślałem, że trzeba nadrobić to okoniami. Skoczyłem do domu po okoniówkę i zmieniliśmy miejscówkę. Ryby zaczęły brać. Ja złowiłem 1 szczupaczka i 9 okoni, Krzysiek 2 szczupaki i 3 okonie. Obaj łowiliśmy na bocznego troka. Około godziny 20.00 poczułem mocne branie. Mówię do Krzycha: Szczupak! Ten poczułem, że był trochę większy. Miał około 90 cm. Na okoniowej wędeczce, z trudem wytargałem go z trzcin. Zaczął płynąć w naszą stronę, i wpływać pod naszą tratwę. Wędka mocno się wygięła, a kołowrotek zaczął grać jak organy w kościele. Nagle trzask żyłki i wędka się wyprostowała. Nogi zaczęły mi się trząść jak galaretka. Cwaniaczek przetarł żyłkę o jedną z beczek tratwy. Stracony. Powiedziałem do niego na pożegnanie: Zobaczysz, jeszcze cię spotkam! Wypad zaliczam do udanych mimo takiej straty, bo napewno byłby to mój rekord życiowy. Mam nadzieję, że spotkam jeszcze tego cwaniaczka. Pozostałe rybki wróciły do wody.
Komentarze