Witam wszystkich kolegów po kiju. Chciałbym się podzielić moją wyprawą wędkarską nad morze ,która doszła do skutku w majowy weekend 2010 . W ubiegłym roku umawialiśmy się z kolegą Rafałem na wyjazd trzy razy lecz jak wiedzą Ci którzy nasz Bałtyk odwiedzają to jest on szalenie kapryśny i dmuchający wiatr bardzo często uniemożliwia szyprowi wypłynięcie na morze. Trzydziesty kwietnia kolega Rafał wraz z koleżanką Aiko przyjeżdżają po nas, my z żoną czekamy spakowani aby tylko wrzucić swoje tobołki do samochodu i zaczyna się przygoda. Do Władysławowa dojechaliśmy późno w nocy. Pierwszy maja był dniem na rekonesans i miły odpoczynek rodzinny.
Drugi maj kilka minut po piątej pobudka gotujemy czajnik dwie gorące zupki i jedziemy do portu. WŁA-44 tak nazywał się kuter ,którym wypływaliśmy w morze. Jak się okazało pobudka o godzinie piątej to było stanowczo za późno aby zająć dobre miejscówki na kutrze ,co nam oświadczył telefonicznie podczas naszej jazdy samochodem kolega Robert ,który przyjechał również na rodzinny wypoczynek majowy nad morze z rodziną , a przy okazji wędkować na morzu – brałem co było oznajmił. Tak więc ja i Robert na prawej burcie ,a Rafał na lewej. Kuter niewielki trzynastu wędkujących w tym jedna dziewczyna dzielnie reprezentująca płeć piękną i jeden kolega wędkarz ,który mocno niedomagał po wczorajszej imprezie i więcej przespał łowiąc i plącząc nam zestawy niż czynnie uprawiał wędkarstwo morskie.
Po dwóch godzinach w końcu jesteśmy nad pierwszym łowiskiem , sygnał rozległ się na kutrze a wędkarze rzucili się do pracy – pomyślałem zupełnie jak w wojsku wszystko na sygnał. I tak szarpaliśmy pilkerami przez około trzydzieści minut niestety bez skutecznie nikt nic nie wyciągnął z wody. Drugi sygnał i wędki w górę przepływamy na kolejne stanowisko ,a na nim wędkujący kolega po mojej prawicy mocno siłuje się aby wyciągnąć Pilkera ze zdobyczą z wody, i jest pomyślałem sobie wreszcie się zaczęło a tu niespodzianka niezłych rozmiarów stara szmata została wyciągnięta. Na trzecim łowisku zaczęło się prawdziwe łowienie, i tam właśnie złowiłem swojego pierwszego w życiu dorsza. Pilkery do wody i opadają na około osiemdziesiąt metrów troszkę to trwało zanim uderzały o dno dwa poderwania odzyskuje plecionkę z powrotem na kołowrotek a tu czuje na kiju uderzenie nie do wiary jest pomyślałem i zaczęło się mozolne wciąganie do góry.
Kiedy dorsz był już na pokładzie a ja z ogromnym uśmiechem na twarzy dzierżyłem swoją zdobycz usłyszałem gdzieś z kutra – wieloryby nie biorą, i co z tego pomyślałem ja nie jestem tu po mięso lecz przeżyć coś nowego. Później przepływaliśmy jeszcze kilka razy i udało mi się wyciągnąć trzy kolejne dorsze lecz ten pierwszy zawsze jest najważniejszy i zostanie w pamięci na długo. Trzeciego maja mieliśmy wypłynąć w morze jeszcze mniejszą jednostką lecz prognoza była niekorzystna na morzu Szustka usłyszałem od szypra więc nikt się nie odważy wypływać. Tak więc ostatni dzień pobytu spędziliśmy w deszczu i oglądaniu wzburzonego Bałtyku. Zachęcam wszystkich do wypłynięcia na dorsza podczas rodzinnego urlopu można połączyć przyjemna z pożytecznym – tylko co będzie przyjemnością na wyjeździe a co pożytkiem ? O tym musicie przekonać się sami…
Komentarze