Kilka dni temu wybrałem się wraz ze znajomymi nad Maristo i Kanałek Czerniakowski aby odkurzyć sprzęt podlodowy. Przez cały grudzień brały tu piękne płocie, krąpie i leszcze do kilograma. Trafiały się karasie i sapy. Mogło by się wydawać, że łowisko idealne na podlodowa rozgrzewkę. Uzbrojeni w bałałajki, ochotki, pinki i jokersa ruszyliśmy na zaśnieżoną taflę. Plan był prosty - obławiamy cały akwen od Straży Miejskiej do śluzy przy Pomniku Sapera.
Zabrałem echosondę, więc po wywierceniu otworów od razu sprawdzałem czy coś się dzieje. Pod wodą była pustynia. Wszędzie około dwóch metrów i nudy - ani rybki. No nic, na ekranie sondy często tak to wygląda a jak się zanęci... ho hoo. No wiec zanęciłem kilka otworów i zacząłem mormyszkowanie. Po godzinie obławiania zanęconych miejsc NIC, ani drgnięcia kiwoka. Przesunęliśmy się wiec o kolejne 50 metrów i od nowa. I znowu pusto. Przez dwie godziny sprawdziliśmy całe jeziorko i byliśmy już w kanale. Na lodzie było kilka osób i zauważyłem, że mieli ten sam kierunek wycieczki. A więc u nich też zero.
Po jakimś czasie doszliśmy do śluzy, po drodze rozmawiając z dość licznymi wędkarzami. Wszyscy bez dotknięcia i każdy zadawał to samo pytanie - co się stało z tonami ryb, które tu były przed nadejściem morzu?
No właśnie. Dla mnie pozostaje to niewyjaśnioną zagadką. Dla czego ryby w środku zimy opuszczają zimowisko i wracają do kotłującej, zmrożonej rzeki? Jedyne wyjaśnienie jakie przychodzi mi do głowy to nadmiar soli spływający do zbiornika z ulic Powiśla, który mógł wykurzyć ryby, ale może się mylę. Może wy, użytkownicy Wędkuje.pl macie jakieś teorie, co się mogło stać?
Jestem bardzo ciekaw.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze