Pojechaliśmy nad Maróz drugi raz z marszu. Tym razem pogoda miała być w kratkę, co sprawdziło się w stu procentach. Ale okolice Nidzicy i Olsztynka pozwalają oderwać się od łódki i wędki. Można na przykład iść na grzyby. Lecz te na razie tylko wychylają się. Jakby wystraszone ilością ludzi, którzy po pokazaniu w telewizorze kilku okazów, pędem ruszyli na polowanie. Z torbami, torebkami, torebeczkami...
W sobotę rano lało. Woda kapiąca z parapetu w naszym pokoju hotelowym, zastępowała co prawda doskonale budzik, ale i przypominała o stanie polskiej bazy turystycznej. Ciężarki, które zrobiłem z kamieni poprzednim razem zniknęły z łódki. Znów musiałem prosić zarządzającego wypożyczalnią o łaskę. Chyba dojrzał we mnie prawdziwego wędkarza, bo użyczył własnego ciężarka.
Wieczorem brały tylko płotki. Pechowo straciliśmy jeden z ciężarków. Na szczęście nie ten udostępniony z dobroci. Bardzo wiało, więc łódkę trzeba było wiązać do pnia przy brzegu. A to już przynosi straty. Łowisz wtedy zbyt blisko trzcin i w zbyt płytkim miejscu. Niedzielna poprawa pogody nie pomogła. Było chyba nawet gorzej, bo płotki jakby skarłowaciały. Na nic wrzucona na sześć metrów kukurydza. A tu podobno są ładne liny. Widziałem na zdjęciach. I do kliku zdjęć ograniczyłem nasze polowanie.
Na zamku w Nidzicy przewodnik, skądinąd bardzo sympatyczny i opowiadający ciekawie o historii budowli krzyżackiej, podkreślał, że największym skarbem tych okolic jest przyroda. Trudno się z nim nie zgodzić, skoro inne elementy atrakcyjne turystycznie są niczym skarby... - rabowane. Nie mówię o ciężarkach do łodzi. Nie mówię o rybach. Mówię o tym wszystkim, czego pozbawiono dawne pruskie Mazury, zaprowadzając tu nowy ład i porządek. Miną lata świetlne, zanim wróci on na te tereny.
Komentarze