Reklama

Maróz po raz drugi

26/08/2008 10:34
Pojechaliśmy nad Maróz drugi raz z marszu. Tym razem pogoda miała być w kratkę, co sprawdziło się w stu procentach. Ale okolice Nidzicy i Olsztynka pozwalają oderwać się od łódki i wędki. Można na przykład iść na grzyby. Lecz te na razie tylko wychylają się. Jakby wystraszone ilością ludzi, którzy po pokazaniu w telewizorze kilku okazów, pędem ruszyli na polowanie. Z torbami, torebkami, torebeczkami...

W sobotę rano lało. Woda kapiąca z parapetu w naszym pokoju hotelowym, zastępowała co prawda doskonale budzik, ale i przypominała o stanie polskiej bazy turystycznej. Ciężarki, które zrobiłem z kamieni poprzednim razem zniknęły z łódki. Znów musiałem prosić zarządzającego wypożyczalnią o łaskę. Chyba dojrzał we mnie prawdziwego wędkarza, bo użyczył własnego ciężarka.

Wieczorem brały tylko płotki. Pechowo straciliśmy jeden z ciężarków. Na szczęście nie ten udostępniony z dobroci. Bardzo wiało, więc łódkę trzeba było wiązać do pnia przy brzegu. A to już przynosi straty. Łowisz wtedy zbyt blisko trzcin i w zbyt płytkim miejscu. Niedzielna poprawa pogody nie pomogła. Było chyba nawet gorzej, bo płotki jakby skarłowaciały. Na nic wrzucona na sześć metrów kukurydza. A tu podobno są ładne liny. Widziałem na zdjęciach. I do kliku zdjęć ograniczyłem nasze polowanie.

Na zamku w Nidzicy przewodnik, skądinąd bardzo sympatyczny i opowiadający ciekawie o historii budowli krzyżackiej, podkreślał, że największym skarbem tych okolic jest przyroda. Trudno się z nim nie zgodzić, skoro inne elementy atrakcyjne turystycznie są niczym skarby... - rabowane. Nie mówię o ciężarkach do łodzi. Nie mówię o rybach. Mówię o tym wszystkim, czego pozbawiono dawne pruskie Mazury, zaprowadzając tu nowy ład i porządek. Miną lata świetlne, zanim wróci on na te tereny.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama