Witajcie wędkujący. Przygoda to właściwe słowo, które towarzyszyło nam przez miniony weekend zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Najpierw oczywiście ustaliliśmy z moim brackim-Piotrem, że w ten weekend łowimy leszcza, no i pora na duże sztuki-konsekwentnie realizowane plany czasami się sprawdzają, chyba, że natura robi co innego :))). Miejscówka obrana właściwa, sprawdzona. Zanęta leszcz secret czarna od Trapera z dodatkiem pinki to miała być główna zanęta. No i jedziemy w sobotę 6.15 wyjazd na lód-na łowisko dobre 20 min. Uśmiechnięci jedziemy, ale nie dojechaliśmy, bo utknęliśmy w zaspach, auto się brzydko osunęło z drogi i stoimy w lesie, jak takie łosie. Cała akcja trwała około 3 godziny, oczywiście z czekaniem na pomoc, która po małych perypetiach dotarła. Na łowisko nie było, aż tak daleko ok. 1km na piechotę. Nasza pora minęła, maszerowaliśmy później w tym śniegu, żeby na niedzielę chociaż zanęcić. Żona, jak mnie ujrzała, kiedy wróciłem do domu, rzekła zdejmuj śpioszki i do wanny. Śpioszki-to moje ocieplone spodnie na szelkach. Dzisiaj w niedzielę autko już zostało przed feralnym miejscem, a my z całym ekwipunkiem na pieszko powędkować. Zaczęliśmy rano około 7.00, temp. powietrza -13,5st. Pogoda nie była najlepsza, co chwilę inna aura : padał śnieg i było pochmurnie, wiał wiatr i świeciło słońce, aż mnie głowa rozbolała. Leszczu podchodził, ale co trzeci między płotkami. Rozmawiamy ze sobą i stwierdzamy, że coś jest nie tak, ale co? Oczywiście odpowiedzi brak, bo dzisiaj tak się po prostu wędkowało. Jedne z najgorszych brań w tym sezonie pod lodowym, a jeździmy od pierwszych lodów praktycznie, co tydzień. Mówimy, że garbus to już, jako taka atrakcja w ogóle nie podejdzie i takie tam. I tu niespodzianka trochę sobie pomogliśmy. Przesunięcie nasiadówki o kilka metrów bardziej pod trzcinki. Zanęty nie wrzucamy i po dobrych 10 minutach brat krzyczy ze szczęścia, że w końcu ma coś dużego, no i dostał pięknego garbuska niecałe 32cm, ja rzuciłem moją wędkę i podbiegłem do niego, ale pasiasty już był na powierzchni. Cieszyłem się, jak mały chłopiec, jakbym to ja złowił tego grubaska. Pięknie, od razu humory lepsze. Po łyku herbatki i za chwilę proszę bardzo, u mnie na kiju siedzi krótszy o centymetr, ale równie pokaźny egzemplarz. Próby dalsze były, ale jak to mówią w kryzysie jednym człowiek się zadowoli. Okazy uwieńczone na zdjęciach, po herbatce i domu. I tak dzięki garbuskowi dzień stał się lepszy. Pozdrawiam wszystkich.
Komentarze