W tym roku dzień obdarowywania się upominkami wypadł w sobotę. Mikołajki przywitały nas nie śniegiem, lecz na przekór – deszczem. Pierwszy dzień każdego weekendu staram się zawsze spędzać nad wodą. Tak więc tradycyjnie i mimo złej aury ,wraz z kolegą Łukaszem wybraliśmy się rano nad jedno z podwarszawskich jeziorek. Natura kolejny raz udowodniła ,że sezon wielkimi krokami zbliża się ku końcowi. Ryby ignorowały moje przynęty gumowe oraz woblery kolegi. U innych wędkujących sytuacja wyglądała tak samo - tym razem nawet żywcówki nie robiły na drapieżnikach większego wrażenia. Szczerze powiedziawszy żadnego...
Po około dwóch godzinach deszczowe chmury zlitowały się nad nami , usuwając się na korzyść słońca. Zmiana pogody wywołała radość na mojej twarzy, gdyż właśnie w tej chwili przypomniałam sobie po co właściwie tutaj przybyłam. Przecież nie po rybie mięso, ani nie żeby się denerwować brakiem jakiejkolwiek rybiej aktywności. Przyjechałam ,by odpocząć po całym tygodniu stresu w pracy i przedświątecznego napięcia w domu. Miałam chęć pochłaniać łapczywie każdy wdech świeżego powietrza, a stojąc tak w milczeniu i zadumie rozkoszować się być może ostatnimi ciepłymi promykami słońca na twarzy w tym roku ...
Do pełni szczęścia brakowało tylko jednego składnika – brania jakiejkolwiek ryby. „Cóż nie można mieć wszystkiego na raz...” – pomyślałam i szłam dalej , obławiając po kolei każdą miejscówkę jaką spotkałam na swojej drodze.
Kiedy dotarłam do miejsca , w którym wypłycenie wyraźnie wskazywało na to,iż znajduję się w krańcowym fragmencie jeziorka, postanowiłam zmienić główkę jigową na ciut lżejszą – z 15 na 10 gram. Przynęta pozostała ta sama – seledynowy twister z czerwonym ogonem o długości 7,5 cm. Kilka rzutów między jeszcze widoczne na tafli liście grążeli , sprawny slalom w połowie głębokości i nagle ... zaczep ożywa!
Stanowcze szarpnięcia szczytówki informują o tym, że ryba postanowiła podjąć walkę w sprzyjających dla siebie warunkach – pośród licznych zaczepów. Luźno ustawiony hamulec kołowrotka pozwolił jej wpłynąć w resztki podwodnej roślinności. Dwa mocniejsze szarpnięcia i cisza... Zwijam powoli żyłkę i czuję, że moja plecionka owinięta jest o grążelowe kłącze. Zniesmaczona wykonuję jeszcze dwa obroty korbką i okazuje się, że mój przeciwnik nadal znajduje się po drugiej stronie linki. Dokręcony przed kilkoma sekundami hamulec pozwala sprawnie wydostać rybę z zarośli i doholować ją do brzegu.
Moim oczom ukazał się szczupaczek o długości pięćdziesięciu kilku centymetrów. Uwiecznienie w postaci krótkiego filmu , buziak , machnięcie ogonem i pełnia szczęcia. Zmykaj mały , tym razem nie trafisz na wigilijny stół , do zobaczenia w przyszłym sezonie...
To była moja jedyna ryba podczas tego wypadu na ryby. Nie zesmuciło mnie to wcale, a zamknięcie mojego sezonu szczupakowego uważam za udane. Tak to bywa , gdy na Mikołajki zaświeci słońce, a ktoś zamiast prezentu w bucie ,czy pod poduszką zastanie go nad wodą...
Zachęcamy do oglądania filmów innych użytkowników naszej społeczności w specjalnym kanale wedkuje.pl na youtube youtube.com/wedkuje
Komentarze