W niedzielny wrześniowy poranek pojechałem na karpie. Przecież niedługo ryba zejdzie na głęboką wodę a ja tak lubię spławikowe łowy przy zaroślach, tam gdzie wszystkiego można się spodziewać. Dojechałem i wybrałem odpowiednie dla mnie miejsce, „tak tu będzie brało wszystko” przemknęło mi przez myśl. Po zanęceniu i kilku płociach podjechał do mnie na skuterku jegomość i oznajmił nie wyłączając silniczka, że „dziś są zawody i o 8 00 muszę się zwijać”, cholera dzień dopiero wstał i brania też miałem niezłe. Po prawej panowie wyciągali szczupaczki i byli poza zasięgiem zawodów a ja po prostu miałem pecha.
Szybko zmieniłem zestaw na szczupakowi spławik i po pięciu minutach jest czterdziestak. Nie miałem go czym wyhaczyć więc szoruję po grobli do panów po prawej. Oznajmiają mi, że oni nie muszą się przenosić. Zebrałem sprzęt i zaniosłem do samochodu. Jeszcze wcześnie i nie chce mi się do domu jechać więc idę zobaczyć jak panowie zawodnicy łowią.
Kule zanęty wpadają z pluskiem do wody a silny wiatr nie pozwala na celny rzut w miejsce nęcenia – a dobrze wam tak che che. Zawodnicy wyciągają drobne płoteczki i nic poza tym. Wracam bo krople deszczu są coraz grubsze. Panowie od szczupaków zagadują mnie jeszcze na chwilę i kieruję się do samochodu.
Minął tydzień roboczy a ja z zanętą na płocie i pudełeczkiem pinki zmierzam w kierunku mojego łowiska. Dziś będzie szczupak albo nic. Taka myśl od rana krążyła mi po głowie. Jestem na brzegu, wpis do rejestru i zaczynam. Zanęta rozrobiona i pierwsza garść ląduje w wodzie, po chwili jest pierwsza i druga płotka. Zza pleców dochodzi mnie głos starszego faceta – czy mogę się dosiąść bo u mnie żywce nie biorą a już skończyła mi się zanęta. No dobra przecież mi wszystkich płotek nie wyłapie cha cha cha.
Zaczyna się ściemniać a u mnie w sadzyku są trzy płoteczki i jedna na kotwicy zarzucona daleko. Od lasu podjeżdża auto i wysiadają panowie od szczupaków, dziś to koledzy po kiju, nie pamiętam ich imion pomimo, że łowiliśmy ze sobą już piąty raz, a to dziwne!?! Jest branie u kolegi ale co kilka minut wyciąga czterdziestaki i nic większego, drugi chyba Marcin nie ma brań, a u mnie tylko obrywa żywca z kotwicy.
Wieczór dawno przeszedł w jesienną noc i lekko mżało a my gadaliśmy o kolosalnych szczupakach i odpowiednim sprzęcie. Co chwilę sprawdzałem czy u mnie nie było brania bo nie miałem elektronicznego sygnalizatora, ale nie brało nic. Po dłuższej chwili poszedłem zobaczyć co u mnie. Nic, przerzuciłem i podwiesiłem bombkę. Podsunąłem bliżej znicz żebym mógł szybciej trafić do stanowiska. Znów się kręcimy i rozmawiamy a ja idę sprawdzić zestaw.
No co za niefart, mój zestaw ugrzązł w chaszczach, żyłka napięta . . . . ale nie tam gdzie powinna ze szpuli jest luz a od podpórki napięta. Zamykam kabłąk i unoszę wędkę do góry i czekam na wybieranie luzu i nicccc. Cholera, mój żywiec jest w podwodnych krzakach. Próbuję wypiąć zestaw z chaszczy i . . . . czuję lekkie szarpnięcie. Coś jest. Druga próba wyrwania zestawu i żyłka jest luźna a ja zwijam. JEST wielkie szarpnięcie i zaczyna się walka a moi koledzy po kiju się śmieją i mówią, że ciągną ogromne haszczory i odchodzą do ławki. Krzyczę do nich żeby przyszli do mnie z latarką i podbierakiem bo rok wcześniej szczupak złamał mi szczytówkę w tej wędce. Chyba Marcin podchodzi i świeci latarką za żyłką, obraca głowę i mówi, że kij mam bardzo wygięty i chyba mi pęknie. Przecież już jakieś potwory na niego wyciągałem, więc dlaczego miałby pęknąć. Trochę zwijam i trochę amortyzuję kijem szarpnięcia, czuję dużą sztukę bo się nie urywa na żyłce 0,25. Duma i podniecenie przepływa mi przez żyły i jestem zadowolony bo na brzegu wylądował sandacz miał 68 cm i około 3,5 kg.
Posiedziałem z chłopakami jeszcze chwile żeby ochłonąć i zwijam się do domu. Jest po północy a mi się chce spać. Wielkie dzięki dla chłopaków z Biłgoraja za pomoc i namówienie na nocną wyprawę bo pewnie te emocje poczuł by ktoś z nich.
Komentarze