Wyprawa, która chcę opisać, powinna raczej zaliczać się do opowieści wędkarskich, jest jednak w 100% prawdziwa.
W lipcu 1998 roku zmarł na zawał serca mój kolega, towarzysz wypraw wędkarskich. Od jego żony otrzymałem na pamiątkę jedną z jego wędek. Zwykły kij teleskopowy , 3.6 m z kołowrotkiem i nawiniętą żyłką.
Na początku października wybrałem się na ryby. Na miejsce połowu wybrałem jezioro Wenecja, położone pomiędzy Żninem i Gąsawą. Pogoda typowo jesienna, ale z tej złotej polskiej. Słońce, ciepło, jezioro, no jednym słowem sielanka. Na wyprawę zabrałem oczywiście podarowana wędkę. Trochę jako talizman, trochę z rozpędu przy pakowaniu się.
Łowisko zanęciłem gotowanym grochem wymieszanym z mączką z grochu, używałem wtedy tego jako lepiszcza do zanęty . Na hak pęczek białych robaków, w koszyczek groch i do wody. Ryby nie kazały długo na siebie czekać. Leszcze, takie około 1 kg brały jeden po drugim. Liczyłem ze zaczną brać trochę poważniejsze wagowo, ale najważniejsze że dobrze się bawiłem. Akwen ten jest ciekawym jeziorem , gdzie o ładnego leszcza nie trudno.
W pewnym momencie branie ,że hej. Sygnalizator o mały włos nie złamał kija a i jego samego złapałem w ostatnim momencie. Zacięcie, to już był tylko odruch i niesamowity odjazd. Jazgot hamulca kołowrotka i cały zestaw siedzi w gęstej trzcinie, jakieś 50-60 metrów od mojego stanowiska . Żyłka napięta do granic wytrzymałości, całe szczęście że kolega używał żyłek dosyć solidnych. Dobrze nie pamiętam ,ale główny sznur to była żyłka 0.25 . Taki wtedy był sprzęt, a na ten lepszy nie było nas po prostu stać. Pamiętam natomiast , że żyłka przyponowa była o rozmiarze 0. 18. Po zachowaniu się ryby na wędce, zorientowałem się że może to być ładny karp. Tylko jak zmusić przeciwnika do opuszczenia kryjówki w trzcinach?. Pompowanie, pukanie w żyłkę , nie przyniosło oczekiwanego skutku. Zestaw jak siedział , tak siedzi nadal i nawet nie drgnie.
Całe szczęście że wędkowałem na zakolu jeziora. Kij w rękę i drałuje wzdłuż brzegu. Po walce z przybrzeżnymi zaroślami, drzewami, docieram do miejsca ,gdzie mój zestaw w połączeniu z kijem stworzył prawie linie prostą. Tutaj pompowanie przyniosło zamierzony skutek. Po paru minutach ryba opuściła trzcinowisko i spokojnie popłynęła na środek jezioro Udało mi się ją zawrócić i skierować w stronę stanowiska. Jeszcze kilka odjazdów i nareszcie mam ją w zasięgu wzroku. Piękny karp, tak na oko, 10 kg. Podczas holu zdążyłem wrócić na swoje stanowisko. I cóż z tego, stoję na wysokim brzegu, do lustra mam jakieś 1.2 m a ja w letnim obuwiu i podbierak jakiś krótki. Na linii pusto, jak kiedyś w sklepach z wędlinami. W końcu wypatrzyłem wędkarza , ale jakieś 300-400 metrów dalej. Krzyczę jak opętany, niestety kolega nie słyszy. Ujrzał dopiero moje opętane ruchy i zaciekawiony podszedł bliżej. Musiało to komicznie wyglądać, facet z wygiętym kijem i szereg nieskoordynowanych ruchów.
Wędkarzem tym okazał się starszy mężczyzna ze Żnina. Uzbrojony w wodery i mój podbierak wszedł do wody i podebrał, zmęczonego już, karpia. I wtedy podbierak, przeznaczony do płotek, leszczy, nie wytrzymał napięcia i po prostu rozleciał się. Przytomność umysłu wędkarza, pozwoliła się jednak cieszyć złowioną rybą. Podebrał oszołomionego karpia rękoma, mocno przytulił i wyniósł na brzeg.
Mierzenie i ważenie dopiero w domu, waga jaka wtedy dysponowałem skończyła się na 10 kg. Karp po dokładnym zważeniu wykazał 11.90kg i 81 cm długości. Rekord to nie był ale wszyscy , zgodnie, stwierdzili że w połów ten był zamieszany mój zmarły Kolega. A i ja tak twierdzę, w końcu nad jeziorami różne dziwne rzeczy się dzieją .
Tą opowieść byłem Tobie Kolego winien, tym bardziej że miała to być nasza wspólna wyprawa. Dziękuję Henio.
Komentarze