Reklama

Moja niezwyła wyprawa na ryby

15/03/2010 18:11
Wyprawa, która chcę opisać, powinna raczej zaliczać się do opowieści wędkarskich, jest jednak w 100% prawdziwa.

W lipcu 1998 roku zmarł na zawał serca mój kolega, towarzysz wypraw wędkarskich. Od jego żony otrzymałem na pamiątkę jedną z jego wędek. Zwykły kij teleskopowy , 3.6 m z kołowrotkiem i nawiniętą żyłką.

Na początku października wybrałem się na ryby. Na miejsce połowu wybrałem jezioro Wenecja, położone pomiędzy Żninem i Gąsawą. Pogoda typowo jesienna, ale z tej złotej polskiej. Słońce, ciepło, jezioro, no jednym słowem sielanka. Na wyprawę zabrałem oczywiście podarowana wędkę. Trochę jako talizman, trochę z rozpędu przy pakowaniu się.

Łowisko zanęciłem gotowanym grochem wymieszanym z mączką z grochu, używałem wtedy tego jako lepiszcza do zanęty . Na hak pęczek białych robaków, w koszyczek groch i do wody. Ryby nie kazały długo na siebie czekać. Leszcze, takie około 1 kg brały jeden po drugim. Liczyłem ze zaczną brać trochę poważniejsze wagowo, ale najważniejsze że dobrze się bawiłem. Akwen ten jest ciekawym jeziorem , gdzie o ładnego leszcza nie trudno.

W pewnym momencie branie ,że hej. Sygnalizator o mały włos nie złamał kija a i jego samego złapałem w ostatnim momencie. Zacięcie, to już był tylko odruch i niesamowity odjazd. Jazgot hamulca kołowrotka i cały zestaw siedzi w gęstej trzcinie, jakieś 50-60 metrów od mojego stanowiska . Żyłka napięta do granic wytrzymałości, całe szczęście że kolega używał żyłek dosyć solidnych. Dobrze nie pamiętam ,ale główny sznur to była żyłka 0.25 . Taki wtedy był sprzęt, a na ten lepszy nie było nas po prostu stać. Pamiętam natomiast , że żyłka przyponowa była o rozmiarze 0. 18. Po zachowaniu się ryby na wędce, zorientowałem się że może to być ładny karp. Tylko jak zmusić przeciwnika do opuszczenia kryjówki w trzcinach?. Pompowanie, pukanie w żyłkę , nie przyniosło oczekiwanego skutku. Zestaw jak siedział , tak siedzi nadal i nawet nie drgnie.

Całe szczęście że wędkowałem na zakolu jeziora. Kij w rękę i drałuje wzdłuż brzegu. Po walce z przybrzeżnymi zaroślami, drzewami, docieram do miejsca ,gdzie mój zestaw w połączeniu z kijem stworzył prawie linie prostą. Tutaj pompowanie przyniosło zamierzony skutek. Po paru minutach ryba opuściła trzcinowisko i spokojnie popłynęła na środek jezioro Udało mi się ją zawrócić i skierować w stronę stanowiska. Jeszcze kilka odjazdów i nareszcie mam ją w zasięgu wzroku. Piękny karp, tak na oko, 10 kg. Podczas holu zdążyłem wrócić na swoje stanowisko. I cóż z tego, stoję na wysokim brzegu, do lustra mam jakieś 1.2 m a ja w letnim obuwiu i podbierak jakiś krótki. Na linii pusto, jak kiedyś w sklepach z wędlinami. W końcu wypatrzyłem wędkarza , ale jakieś 300-400 metrów dalej. Krzyczę jak opętany, niestety kolega nie słyszy. Ujrzał dopiero moje opętane ruchy i zaciekawiony podszedł bliżej. Musiało to komicznie wyglądać, facet z wygiętym kijem i szereg nieskoordynowanych ruchów.

Wędkarzem tym okazał się starszy mężczyzna ze Żnina. Uzbrojony w wodery i mój podbierak wszedł do wody i podebrał, zmęczonego już, karpia. I wtedy podbierak, przeznaczony do płotek, leszczy, nie wytrzymał napięcia i po prostu rozleciał się. Przytomność umysłu wędkarza, pozwoliła się jednak cieszyć złowioną rybą. Podebrał oszołomionego karpia rękoma, mocno przytulił i wyniósł na brzeg.

Mierzenie i ważenie dopiero w domu, waga jaka wtedy dysponowałem skończyła się na 10 kg. Karp po dokładnym zważeniu wykazał 11.90kg i 81 cm długości. Rekord to nie był ale wszyscy , zgodnie, stwierdzili że w połów ten był zamieszany mój zmarły Kolega. A i ja tak twierdzę, w końcu nad jeziorami różne dziwne rzeczy się dzieją .

Tą opowieść byłem Tobie Kolego winien, tym bardziej że miała to być nasza wspólna wyprawa. Dziękuję Henio.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama