Moja przygoda z Robinsonem, można powiedzieć zaczęła się 17.08.2008r po skończonych zawodach o puchar prezesa naszego koła Sum 54. Udało mi się je wygrać łowiąc bacikiem i w nagrodę dostałem wędkę wspomnianej firmy. Ucieszyłem się z tego prezentu. Był (jest) to kijek Robinson Xenon multi Feeder strong 3,6m, z dwiema szczytówkami. Jedna z nich to z włókna szklanego, druga sztywniejsza z węgla. Wszystko było by fajnie gdyby nie fakt że na koszyczek i techniki gruntowe do tej pory rzadko łowiłem i złowienie kilku płotek na tą metodę to był dla mnie wyczyn. Pierwszy raz zabrałem tego kija na zawody gruntowe w naszym kole , trochę porzucałem ale ze względu na nędzną miejscówkę nawet uklejki nie złowiłem . Przyjechałem, wędka poszła w odstawkę. Miałem nawet chęć pozbyć się jej , wymienić na jakiegoś spina lub nawet jakiś dłuższy bacik. Z takim zamiarem czekałem do połowy października. I właśnie 26 października zaczęła się dalsza przygoda z tym kijaszkiem. Od rana nie mogłem doczekać się kiedy pójdę na rybki. Miałem jechać rano ze spinem na jeziorko w Kępie poganiać szczupaki, lecz dochodzę do auta i widzę kapeć w lewym kole. Jako że do tego hobby nic mnie nie zniechęci , nawet ciągłe marudzenie żony postanowiłem iść jednak na piechotkę. Tyle że zmieniłem kierunek. Nad wspomniane jeziorko mam ok4 km zaś od mego domu płynie jakieś 400m Wisełka i tam się skierowałem. Odstawiłem tylko spining i postanowiłem tego dnia zakończyć sezon dla metody spławikowej. Zamiast spina 2,7 wziąłem swojego bacika (szklak 7m). Tani sprzęt ale nie do zdarcia. Idę więc w kierunku główki która jest ostatnią w okręgu mazowieckim, tuz przed wpływem rzeki Mołtawy. Wcześniej podczas letnich i wczesno- jesiennych wypraw dużo to miejsce nęciłem wymysloną przez mnie mieszanką opartą na płatkach musli. Dostałem tego specyfiku kilka kartonów i szczerze mówiąc nieźle w to wchodzą rybki. Łowię tu na napływie główki. Jest tu dość lekki nurt ze względu na lekkie wypłycenia na wcześniejszych główkach. Dodatkowo główka ta przy budowie uległa zniszczeniu i brakuje jej początku przez co bez gumaków nie da rady wejść, zaś przed jej opaską tworzy się dół taki z 5m. Największą zaletą tego jest to że nikt przez cały sezon tu nie łowi. Zresztą lepiej bo nie ma jak samemu posiedzieć w ciszy i spokoju. Tym razem było inaczej. Na betonie budowli siedziało kilku wędkarzy i ich spławiki dokładnie lądowały tam gdzie wcześniej szła moja opaska. Nici więc z tego miejsca, lecz nie poddałem się i przeszedłem po wodzie na ląd który jest przed napływem. Porzucałem batem ale akurat od tej strony zbyt płytko (40cm) wody. Myślę więc co tu robić i właśnie przypomniałem sobie o tym Robinsonku. Poleciałem do domu, odkurzyłem go bo wisiał na półce w piwnicy i założyłem do niego kręciołka. Wolny był tylko bazarowy Golden ale i na to da się połowić. Żyłkę do tego 0,20 , a zabrałem do tego kilka koszyków które kiedyś kupiłem i 1 rurkę antysplątaniową. Dotarłem znów nad wodę i do roboty. I pierwsze pozytywne zaskoczenie, mimo kiepskiego kołowrotka zestaw tak daleko poszedł na wodę że wpadł za opaskę. Oczywiści zestaw urwałem. Już podczas tych szarpnięc widać było jak pięknie pracuje kij na takim sztucznym obciążeniu. Założyłem więc drugi koszyk, już bez rurki, do tego przypon tak z 40 cm i hak 12. Przynęta 2 robaczki. I od tego zaczęła się istna przygoda. Już przy pierwszym wyrzucie i odłożeniu na podpórkę , wędka po 15s drgnęła. Pierwsza płoć 30cm. Na kolejną czekałem tylko chwilę a później kolejne. Po godzinie miałem ich z 20 (rekord gruntowy pobity) Nagle brania ustały. Pojawiły się delikatne trącenia których nie mogłem zaciąć. Zmieniałem wszystko w zestawie ale nadal nic. W pokrowcu tej wędki znalazłem drugą szczytówkę. zmieniłem ją więc w wędce i ku zdziwieniu po kilku sekundach piękny leszczyk był w siatce. Złowiłem jeszcze 3 takie po 50 dkg. Już miałem się zwijać, wyciągnąłem siatkę z rybkami (rybki wypuściłem) lecz po wyjęciu podpórki z ziemi widzę jak na zluzowanej żyłce po odłożeniu na trawę coś się dzieje . Zaczyna raptownie uciekać. Myślałem że to może bóbr sobie przepływa i zahaczył o żyłkę tak jak to było na wiosnę lecz nic takiego nie zauważyłem. Energicznie więc zaciąłem. Hamulec zaczął grać, wędka zaczęła się giąć. Tu można naprawdę powiedzieć o pracy tego kijka. Akcja bardziej szczytowa ale widzę że na większej rybce zaczęła ładnie przechodzić w parabolkę. O kij więc jestem spokojny. Żyłka też niczego sobie ale ten kręciołek coś zaczyna szwankować. Hamulec coś zaczyna się przycinać. Walka z rybką trwa z 10 min, wędka pięknie amortyzuje odjazdy zarówno ryby jak i zacinającego się kołowrotka. Jednak gdzieś po 15 min widzę przeciwnika. Piękny karp tak na oko z 8kg. Udało mi się go zmęczyć wędką do tego stopnia że wyłożył mi sie pod brzegiem. W ruch idzie podbierak. Mam juz rybkę wprowadzić do niego a tu nagle strzał żyłki. Okazało się że w kołowrotku żyłka wcięła sie pod rolkę prowadzącą. I po zabiegu. Wędkę i jej pracę oceniam na 100% skuteczności a kołowrotek od razu w domu wylądował w koszu. Nie chciałem im zaśmiecać dna rzeki. Podsumowanie: Wędka Robinson bardzo udany prezent. Idealnie spasowana, piękna akcja. Pozwoliła mi polubić metodę do której nigdy nie czułem chęci. Muszę kupić tylko kołowrotek i od wiosny znowu próbować i uczyć się tej super metody. Myślę że uzbieram na kolejnego Robinsonka bo ten naprawdę super. Dodam że moja ma ciężar wyrzutu do 150gr na jednej szczytówce, na drugiej 130gr. Naprawdę idealny sprzęt za naprawdę nie wygórowaną cenę. Na pewno na wiosnę znów odżyje, bo już w następnych tygodniach pogoda sie zmieniła i trochę na stacjonarne wędkowanie feederem za zimno. Został spining i zaczynam testować przynęty Robinsona. Może też sie pozytywnie zaskoczę...???
Nie mam fot z tej wyprawy bo aparatu nie posiadałem przy sobie a rybki wypuściłem. Proszę obejrzeć ten kijek na alllegro lub najlepiej w sklepie. Naprawdę warto....
A dodam że to moja pierwsza węglówka i to z korkiem...
Komentarze