Gdy kilka lat temu mój wujek zabrał mnie na ryby to nie bardzo mnie to interesowało (może dlatego , że niewiele o nim wiedziałem. Co roku w mojej miejscowości na dzień dziecka odbywają się zawody wędkarskie dla dzieci. Nie chodzę na to, bo zwykle nie ma nawet gdzie usiąśc. Ale rok temu wujek powiedział mi, że koło jego jego domu (mieszka blisko małego stawu) są organizowane zawody wędkarskie.
Na dzień przed nimi poszedłemz nim nad ten straw, aby powędkowac, ale niestety nic nie złowiłem. W dzień zawodów (dzień dziecka) rano poszedłem się zapisac, a po wczesnym obiedzie poszliśmy na zawody. Spóźnilismy się o jakieś 10, może 15 minut. Obeszliśmy straw do okoła i jakby nie było miejsca, aż w końcu ujrzęliśmy miejsce i tam się rozłożyliśmy. Rozrobiłem zanętę. Na początku chciałem łowic na spławiki, ale jak zobaczyłem ludzi, którym te spławiki sie plątają to pomyślałem sobie: "nie, łowię na koszyczek". Wujek dał mi koszyczek, zapakowałem do niego zanętę i jak zarzuciłem to na drugi koniec stawu. Gdy czekalismy na rybkę, która zechce pomóc mi w drodze na podium mogliśmy podziwiac piękne jelonki zza płotu oraz zachwycac się pięknym upalnym dniem.
No i pani organizator trafiła w 10. Dała nam każdemu po lodzie (tak na ochłodę). Przyszła moja ciocia z mężem, aby mnie dopingowac, potem zjawiła się moja mama z moją siostrą. I pod koniec zawodów usłyszałem piszczenie mojej wędki i tak, to była ryba. A że na dzień przed zawodami nie złapałem żadnej ryby, więc nie umiałem zabardzo ich łowic, ale wujek powiedział mi co mam robic i wyciągnąłem. Szybko załadowałem koszyczek z powrotem i zarzuciłem. Gdy organizator powiedział, że mamy już wyciągac wędki ona zaczęła troszkę piszczec. Wyciągnąłem ją i niestety nie było ryby. Ale i tak miałem 4 miejsce. Zabawa była przednia, bawiłem się świetnie.
Komentarze