Reklama

Moje początki z Mistrallem

06/01/2013 15:25
Rasowy design, bardzo dobre materiały, znakomicie zresztą spasowane i idealna praca w najcięższych nawet warunkach - wielu moich znajomych "po kiju" sądzi, że kołowrotki łączące te cechy muszą swoje kosztować. Kłam tej teorii (wyznawanej przez znakomitą większość wędkarzy) zadaje kołowrotek Mistrall Amundson, najlepsza z moich ubiegłorocznych zdobyczy.
Z kupnem "porządnego" młynka do mojej ciężkiej artylerii na bużańskie szczupaki, czyli kija Mistrall Aqua Spin 2,70 15-45g (gwiazdkowy prezent od żony) lekko nie było. Jestem dopiero w początkowej fazie przygody z wędką w ręku, więc moje pierwsze wizyty w sklepach wędkarskich przyprawiały o lekki zawrót głowy. Każdy sprzedawca polecał mi coś innego, nierzadko próbując wcisnąć produkty, o których nie miałem pojęcia. Nie pomagali też znajomi - oczywiście dla nich najlepszy na świecie był sprzęt, którego sami używali. Bardzo istotnym czynnikiem znacznie ograniczającym mój wybór była cena. 150 zł to suma może i niewielka, ale ja w tym czasie na więcej pozwolić sobie nie mogłem. Tym sposobem znacznie zawęziłem pole moich poszukiwań. Po wielu wieczorach spędzonych na wszelkich forach wędkarskich mętlik w mojej głowie jeszcze się powiększył. - Koniec - zdecydowałem wreszcie i postanowiłem, że kupię sprzęt, który mi się najbardziej spodoba wizualnie. Z takim mocnym postanowieniem w mroźny, styczniowy poranek udałem się do nowootwartego sklepu w moim mieście. W środku, oprócz sprzedawcy, nikogo nie było. Od razu skierowałem się do stoiska z kołowrotkami i tam moja niezachwiana pewność siebie wystawiona została po raz kolejny na ciężką próbę. Na półkach leżały same Mistralle. - Nie wystarczy mi kasy - pomyślałem od razu i zrezygnowany ruszyłem do wyjścia. Po drodze zatrzymałem się jeszcze chwilkę przy kijach. Na stojaku dostrzegłem wędzisko identyczne jak moje - Aqua Spin. Nie wiem czemu, ale chwyciłem je i zważyłem w ręku. - W czymś pomóc? - usłyszałem za plecami. - Szukam kołowrotka - odpowiedziałem cicho trzymając kij w dłoni. Musiałem wtedy wyglądac jak skończony idiota, ale sprzedawca niczego nie dał po sobie poznać. Zapytał jedynie o jego przeznaczenie i kwotę, jaką dysponuję. Gdy odpowiedziałem, skinął tylko głową i bez słowa postawił na ladzie granatowe pudełko z napisem Mistrall Amundson. Wyjął z niego czarny, materiałowy woreczek z tajemniczą zawartością. W środku był piękny, błyszczący kręcioł - oczy powiększyły mi się z zachwytu, a serce niemal stanęło, gdy zapytałem o cenę. Byłem pewien, że takie cudo kosztuje dużo. Tym większe było moje zdziwienie i szczęscie, gdy okazało się, że w portfelu mam wystarczająco, i że zostanie jeszcze na jakieś drobiazgi. Uszczęśliwiony zakupem, pobiegłem do domu. Nie zdejmując nawet czapki rozpakowałem pudełko i szybko zamontowałem kołowrotek na moim kijku. Razem prezentowały się naprawdę niesamowicie. Takie małe rzeczy, a ile radości dały mi w tym dniu.
Od tego czasu minął niemal rok i nie było ani chwili, bym żałował tego zakupu. Mój Mistrall"owy zestaw nad wodą sprawdził się wyśmienicie. Dzięki niemu we wrześniu tego roku z bużańskich odmętów wyjąłem swoją życiówkę - szczupaka o długości 75 cm. Podczas holu zarówno wędka, jak i kołowrotek spisały się bez zarzutu. Przetrwały też cały sezon nie wykazując żadnych śladów zużycia. Młynek cały czas pracuje bezszelestnie i lekko. Prowadnica żyłki wyglada jak nowa, szpula też. Teraz mój sprzęt czeka na nadejście kolejnego sezonu. Jestem pewien, ze sobie poradzi. Ja natomiast, bogatszy o kolejne doświadczenia i odłożone 500 zł wybieram się jutro na kolejne zakupy. Od wiosny chcę się zaczaić na okonie. Chyba nie muszę dodawać, na jaki sprzęt będę je łowił.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama