Reklama

Morski maraton trociowy

25/04/2011 12:03
Nareszcie aura pozwoliła na spokojne wędkowanie w morzu, które lekko marszczone przez niewielki wiaterek dawało nadzieję na długo oczekiwane spotkanie ze srebrną pięknością morskiej toni. Do tego podnosząca się temperatura wody napawały jeszcze większym optymizmem. Dochodziły moich uszu również pogłoski o złowionych rybkach, które powodowały gwałtowne przypływy adrenaliny. W końcu nadszedł piątek. Pogoda jak marzenie na zaliczenie wyprawy. Po pracy szybki obiad i telefon do kumpla Michała, bo nie cierpię samotnych wypraw. Zawsze z kimś raźniej niż w pojedynkę.

I tak zebrała się nas garstka. Wszyscy nastawieni optymistycznie wyruszamy na pobliskie łowisko. Niestety mgła zaczyna spowijać powietrze. Rozkładamy sprzęt, ubieramy na tyłki gacie do brodzenia i w drogę. Trzeba przejść około 2km do fajnego miejsca.

- Zobacz jakie spławy – kolega Michał zagaja po drodze.

- Patrz, patrz!!! Cała wyskoczyła nad wodę – woła drugi z kolegów – i pokazuje miejsce palcem.

Zapowiada się dobra zabawa. Po dotarciu na miejsce chwila wytchnienia, ostatnie sprawdzenie zestawów i do wody. Zaczynamy machanie wędami w myśl znanego wszystkim powiedzenia – "MACHAJ WĘDĄ TO RYBY BĘDĄ". Ale nic się nie działo. Mgła coraz bardziej spowijała powietrze, robiło się coraz chłodniej, aż tu nagle w odległości dwóch długości kija zdecydowane walnięcie. Szybkie zacięcie i siedzi.

- Jest!!! – krzyczę.

Rybka ładnie chodzi w końcu ma miejsca, a miejsca. Żadnych zawad i zaczepów jak w rzece. Ogromne połacie czystej wody. Ryba po kilku minutach ląduje wyślizgiem na plaży. Przechodzący obok ludzie tylko „gałki” strzelają z opadniętymi ze zdziwienia na piasek „koparami”. W końcu jest pierwsze wymiarowe sreberko, całe 52cm i 1,25kg wagi. No i kij został nareszcie ochrzczony. Oczywiście gratulacje od kolegów, sesja zdjęciowa i dalej do machania. Okazało się jednak, że była to jedyna rybka wyciągnięta tego dnia.

Następnego dnia rano wyruszam z kolegą Łukaszem w drugie miejsce. Po przygotowaniu wszystkiego zaczynamy tradycyjne machanie wędami. Słońce szybko wschodzi. Na wodzie nie widać oznak przebywania troci, żadnych spławów, ani małych tobiaszy w pobliżu brzegu. Machamy, machamy, machamy i ciągle machamy. No i dalej bez rezultatów. Chwila odpoczynku i ponownie do machania. I tak kolejnych kilkadziesiąt rzutów i nic. Nagle zauważamy zawirowanie na powierzchni. Rzut i powolne, bardzo leniwe prowadzenie przynęty przynosi rezultat. Nagłe, potężne łupnięcie zabujało szczytówką mojego kija. Zacięcie i ryba szamocze się na końcu zestawu.

- Siedzi!!! – krzyczę do kolegi.

Powoli schodzę z kamienia i przesuwam się w kierunku brzegu. Trzeba jakoś wylądować rybę, przecież podbieraka nie zabieram dla wyrównania szans. Po kilku krokach czuję lekki luz i ryba spina się. Sowita wiązanka pod nosem wzbudza salwę śmiechu u kolegi. No cóż i tak bywa. Tym razem ona wygrała. Znowu chwila wytchnienia i dalej do machania. Niestety już nic się nie działo. Złożyliśmy wędki i powoli udaliśmy się w kierunku samochodu. Po drodze wymiana doświadczeń. I tak zleciało sobotnie przedpołudnie.

W niedzielę postanowiłem odpocząć, a raczej dane kiedyś słowo swojej ukochanej, że ten dzień należy do rodziny a nie do ryb, tak owocuje. Co ja dobrego narobiłem? Za dużo się gada i cierpieć potem trzeba, a trocie czekają!!!

Nareszcie nadszedł poniedziałkowy ranek. Pobudka, śniadanko, kawa, jakaś tam kanapka do plecaka, termos i do samochodu. Po zajechaniu na miejsce, tym razem już samotnie, jakiś gościu już przygotowuje sprzęt.

- Będzie kompan – myślę sobie.

I tak po kilku minutach zaczynamy wspólne łowienie. Morze spokojne. Jednak nic się nie dzieje. Postanawiam odpocząć. Wychodzę z wody i zasiadam na pobliskim kamieniu. Wciągam kanapkę popijając kawą , bacznie obserwując powierzchnię wody. Niestety nie widać żadnych spławów. Po kilkunastu minutach wracam do wody, przecież zbliża się magiczna godzina. Macham i macham, i znowu macham, aż do znudzenia.

- Co tutaj można złowić? – pytają przechodzący brzegiem ludzie.

- Z reguły ryby – odpowiadam.

Po następnych kilkunastu minutach machania coś zatrzymuje mojego wobka. Natychmiast zacinam i siedzi. Kilkanaście sekund szamotania i ryba znowu się spina. I ja też się spiąłem i zwinąłem się do domu. W końcu było już południe.

Następnego dnia powtórzyłem rytuał, ale nic się nie działo. Tak minęły cztery dni mojego morskiego maratonu trociowego. Łącznie 20 godzin machania wędką, czyli jakieś 600 rzutów. Trzy kontakty z rybami, z których jeden zakończony powodzeniem. Bolały mnie ręce i plecy. Postanowiłem odpocząć kilka dni. Z pewnością wrócę wcześniej nad wodę niż mi się wydaje. Takie to już jest nasze hobby.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama