Reklama

Na tropie szkockich pajków.

31/10/2010 09:53
Korzystając z faktu że właśnie „odpoczywam” na urlopie postanowiłem wygospodarować dwa dni na polowanie na szczupaka. Plan zakładał jeden dzień przeznaczyć na spinning z łodzi a drugi na zasiadkę z gruntówkami uzbrojonymi w martwą rybkę. Na łódkę umówiłem się z dwoma spinningowymi „żółtodziobami” – Tomkiem i Łukaszem (pseudonim Janek). Miał być to ich pierwszy wypad na łajbę. Z niecierpliwością czekałem na piątkowy poranek w myślach układając sobie plan miejscówek, które odwiedzimy w poszukiwaniu kaczogłowych.

Nadszedł piątkowy ranek, który niestety przywitał mnie lekkim deszczykiem i dość silnym wiatrem. No cóż – typowa szkocka pogoda. Ale myślę sobie, nic nie jest w stanie zniechęcić mnie dziś do polowania na szczupłego. Szybko ogarniam ekwipunek czyli termos z gorącą kawą i kilka energetycznych batonów i w trasę. Po drodze zabieram kolegów, którzy o dziwo nie przestraszyli się pogody i równie pełni entuzjazmu ruszają ze mną. Kierujemy się na pięknie położone szkockie jeziorko o nazwie „Ore”. Po 20 minutach jazdy jesteśmy na miejscu i rozpakowujemy sprzęt. Ja udaję się na przystań aby wypożyczyć łódź.

I tu niestety kolejna przykra niespodzianka. Dowiaduję się że z powodu silnego wiatru przystań jest nieczynna i łódki dziś nie pożyczymy. Konsternacja, co robić. Pod nosem puszczam wiązankę niecenzuralnych słów i wracam do kompanów aby obwieścić im tą wiadomość. Podejmujemy decyzję że zostajemy na tym jeziorku i pospinningujemy z brzegu. Myślę sobie dobre i to.

Więc wędki do ręki i zaczynamy pogoń za „pajkami”. Pogoda nie rozpieszcza ale niezrażeni tym faktem „biczujemy” wodę. Po niespełna godzinie Tomek wyjmuje pierwszego dzisiaj i pierwszego w karierze szczupaczka. Żaden potwór raczej pistolecik. Ale mina zadowolenia u łowcy-bezcenna. Kolejna godzinka mija bez emocji. Kombinujemy z róznymi przynętami: obrotówki, wahadłówki, woblery, kopyta- wszystko bez efektów. Aż trafiam na ciekawe miejsce, w którym moje pierwsze trzy rzuty kończą się braniami z czego dwa szczupaczki lądują na brzegu, a trzeci po efektownym salcie wypina się przy samym brzegu. Głośno mówię: „Łukasz teraz czas na ciebie”. Nie mija 5 minut i Łukasz wyjmuje swojego „dziewiczego” szczupaczka.

Zaraz po nim ja wydłubuje z wody kolejną sznurówkę. No to jest dobrze myślę, każdy zaliczył rybkę. Postanawiamy zrobić sobie spacer i obejść niedostępna część zbiornika i pospinningować z drugiej strony jeziora. Tam trafia mi się tylko jeden pistolecik i postanawiamy wracać na wcześniejszą miejscówkę, która potwierdza że są tam rybki. W tym samym miejscu co wcześniej wyjmuje kolejne dwa szczupaczki, a Łukasz dorzuca jedną sztukę do swojego wyniku. Chłopaki są zadowoleni, że coś połapali a mnie pozostaje pewien niedosyt że nie trafił nam się chociażby jeden większy egzemplarz. Ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Z Łukaszem ”Jankiem” postanawiamy, że jeśli w sobotę pogoda się poprawi to przyjedziemy na to jeziorko jeszcze raz i pospinningujemy z łodzi.

I jest chociaż raz pogoda nie płata nam figla i sobota objawia nam się pięknym słonecznym dniem. Decyzja zapada – jedziemy. W miejsce Tomka wskakuje drugi Łukasz –spinningowy wyga, mój kompan od wszystkich łódkowych wypraw. Łukasz jest najlepszym sternikiem z jakim pływałem. Więc do dzieła. O 9.00 jesteśmy na miejscu. Pakujemy się na łódź i jazda. Łukasz siada za sterem, „Janka” lokujemy na środku a ja usadawiam się na dziobie(oprócz łowienia będę odpowiedzialny za „operowanie: kotwicą). Po chwili napływamy na pierwszą miejscówkę. Biczujemy wodę rozkoszując się piękną pogodą. Po dziesięciu minutach mam przytrzymanie i zacinam coś na głębokiej wodzie ale po chwili walki ryba się spina. No cóż zdarza się. Najważniejsze że coś się dzieje. Po kolejnych bezowocnych piętnastu minutach postanawiamy zmienić miejsce. Płyniemy w pobliże obszaru gdzie dzień wcześniej pięknie brały szczupaki. Nie mija kilka chwil i Łukasz „Sternik” wydłubuje 45-tke z wody. No to myślę zaraz się zacznie. Ale tu spotyka mnie rozczarowanie bo przez dobrą godzinkę nic się nie dzieje. Dopływamy w dość ciekawe miejsce znajdujące się po środku jeziora między dwoma wyspami i kotwiczymy łódź. W końcu wyjmuję pierwszego dziś szczupaka. Też taka 45-tka. Postanawiamy wpłynąć do dobrze nam znanej i ciekawie wyglądającej zatoczki gdzie ostatnim razem mieliśmy dość dobre efekty. Efektem godzinnego biczowania był około 25-cio cm „baby pajk” oraz 40-teczka złapane na nie zawodną obrotóweczkę nr 3 w kolorze imitującym ubarwienie okonia. W dalszej części dnia obławiamy jeszcze kilka miejscówek gdzie ja wyjmuję jednego pistoleta i zaliczam dwa spady po krótkiej walce. „Sternik” Łukasz zalicza też jeden kontakt z rybą ale i jemu nie jest dane zobaczyć z czym miał do czynienia. Tylko „Janek” w dniu dzisiejszym zalicza totalną klęskę i nie ma kontaktu z żadną rybką. Ale tak bywa. Pocieszam go że z każdym następnym wyjazdem będzie lepiej i lepiej. Powoli kierujemy się w stronę przystani delektując się piękną słoneczną pogodą.

Po powrocie do domu podsumowuję dwudniowe wędkarskie wojaże. Efektem połowów było kilkanaście szczupaków w przedziale 25 do 47 cm. Oraz dość sporo nie wyjętych ryb. Większość ryb została wyjęta na obrotówki nr 3, które posiadały jakiś czerwony akcent. Ilość brań była dość imponująca ale wielkość ryb niestety nie porażała. Mam nadzieję że następnym razem trafimy na godniejszych rywali i będzie co opisywać na łamach „wedkuje.pl”. Do powyższego tekstu zamieszczam kilka fotek z piątkowo-sobotnich wypraw. Dziękuję kolegom za wspólnie spędzony czas, a kochanej żonie za wyrozumiałość jaką okazuje w związku z moim wędkarskim hobby. Jest to mój pierwszy opis więc proszę o wyrozumiałość. Z wędkarskim pozdrowieniem.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama