Trzy dni wolnego. Wielka "sierpniówka"! A ja nie byłem na rybach. Byłem na jednym ślubie, drugim ślubie i o rybach musiałem zapomnieć. Chociaż... Nie musiałem. W niedzielę mogłem jechać. Tylko, że przejąłem się bardzo oglądając telewizję. Na wszystkich kanałach pokazywali zburzone domy, poprzewracane samochody, połamane drzewa. Nawet na tych kanałach, które nie omawiają bieżących wydarzeń, oglądałem film o śmiercionośnych piorunach. Tragedia - autentyk. Strach - przejmuje. I jak tu jechać nad rzekę... I jak tu zacinać grafitowym lub węglowym kijem...?
Ileż to razy pokazują w telewizji utopionych wędkarzy? A czy pokazują złowione ryby? Bardzo rzadko. Moja ukochana babcia nigdy mi nie powiedziała: „Robert! Widziałeś?! Jakiś facet złowił pięknego leszcza! W telewizji pokazywali!!! Kiedy pojedziesz na ryby? Kiedy spróbujesz? Zobacz! Warto!!!” Ale już wiele razy mówiła: „Robert! W telewizji podali, że wędkarz się utopił! Ty uważaj! Ty nie jedź!!! Wpadniesz do wody i co będzie?!” Taaak... Dobra wiadomość, to żadna wiadomość. Jakby ludzkie szczęście nigdy nie miało się stać naszym szczęściem. Ale ludzka tragedia... I owszem.
Czy działa tu jakieś ogólnoludzkie prawo? Jakaś generalna zasada? Czy po prostu, tak jak to często się zdarza nad wodą... Łatwiej powiedzieć: „Eeee, panie, nic nie bierze!”, niż z uśmiechem objawić przygodnie spotkanemu wędkarzowi: „ Jest świetnie. Pełna siatka ryb!” A życie musi być pełne równowagi. Równowagi pomiędzy tym co smutne, a tym co wesołe. Jak wtedy, gdy mówimy po złowieniu wielkiego suma, że gdzieś tam umiera jakiś wędkarz.
Komentarze