W sobotnie popołudnie, gdy wróciłem ze szkółki wędkarskiej, którą prowadzę w naszym Kole, zastanawiałem się jak spędzić zbliżającą się niedzielę. Zanosiło się na wspaniałą pogodę, zanętę mam, przynętę też kupiłem, więc nic nie stało na przeszkodzie aby wybrać się na rybki tylko wybór łowiska stał pod znakiem zapytania.
Miałem wiele łowisk do wyboru, ale z relacji moich znajomych i kolegów, którzy odwiedzili interesujące mnie miejsca nie były za ciekawe. Wtem moja pani, która kilka tygodni wcześniej zdała egzamin na kartę wędkarską zaproponowała abyśmy wybrali się na cały dzień na Słupsko. Jest to wspaniały zbiornik prewencyjny o powierzchni 35 ha, który przyciąga rzesze wędkarzy, ze względu na dobry dojazd jak i możliwości dobrego wędkowania.
Po przybyciu na łowisko widok jaki zastaliśmy nie napawał nas optymizmem, godzina 6,30 a tu praktycznie brak wolnego miejsca, jak widać nie tylko my zaplanowaliśmy wspólny rodzinny wypad nad wodę. Moja pani zauważyła mały prześwit pomiędzy trzcinami, nie było wyboru, więc czym prędzej zdecydowaliśmy się, zostajemy tutaj. Wypakowaliśmy sprzęt i zabrałem się za przygotowanie zanęty, kilówka zanęty karpiowej Trapera, kilówka zanęty lin, karaś, trochę dodatków, konopie, ziarna, pinki i zanęta gotowa.
Przygotowałem odległościówkę, która jest moją podstawową wędką, a drugą na grunt drgającą szczytówkę MITCHELL FEEDER długości 3,30 m, kołowrotek RHINO RS-X-530 z żyłką 0,18 mm, przypon 0,16 mm, hak 8 kolor żółty, na tak przygotowany zestaw wielokrotnie już z powodzeniem holowałem na tym zbiorniku dorodne karasie, liny, karpie. Pierwsze brania nastąpiły po pół godzinie, kilkunastocentymetrowy karaś i małe okonki to wynik odległościówki, natomiast gruntówka tylko drobne skubnięcia. Nic nie zapowiadało na udany połów, pogoda bezwietrzna, tafla na wodzie, więc wyjąłem bolonkę z nadzieją na lepsze efekty, ale jak do tej pory tylko drobnica podchodziła.
Wędkujący obok mnie też nie mieli większych rezultatów, dopiero gdy zerwał się wiatr i zrobiła się niezła fala ryba jakby ożyła, więcej brań i bardziej zdecydowane. Teraz już zaczęły brać takie półkilogramowe karasie, oczywiście na gruntówce, gdzie przynętą była bułka wyciskana ze strzykawki (dokładny opis tego sposobu napisałem wcześniej na moim blogu i wiem że się dobrze sprawdza) W południe odwiedzili nas nasi znajomi, którzy także wybrali się z zamiarem wędkowania, kłopot tylko w tym, że nie było wolnego miejsca, więc musieli czekać. Po chwili i oni znaleźli wolne miejsce i teraz już wspólnie wędkowaliśmy. W pewnej chwili nastąpiło delikatne skubnięcie, nachyliłem się nad wędką i sygnalizator znalazł się pod kijem, zacinam i czuję duży opór, wędka wygięła się w pałąk, o! piękna rybka myślę sobie, odjazd i skręt w bok zaraz przyszła mi myśl – karp, trzeba ostrożnie. Podciągam rybę coraz bliżej i znów odjazd, ze względu na delikatny zestaw, pozwalam rybie się wyszaleć. Czuję po chwili, że ryba słabnie, więc decyduję się na hol. Moja pani wkłada podbierak do wody, ja naprawadzam rybę i w końcu jest dorodny karaś. Mierzymy dokładnie 38 cm podchodzą nasi znajomi , robimy zdjęcia i zaraz pytanie na co wzięła? Ten karaś wziął na 4 pinki , ale te mniejsze na wytłoczkę z bułki, więc strzykawka przechodziła z rąk do rąk aby sobie każdy mógł narobić wytłoczek. Nawet sąsiadujący wędkarz poprosił bym mu użyczył strzykawki, nie ma sprawy, proszę bardzo. Podobne branie miałem jeszcze jedno, podczas holu ryba wypięła się. Wyniki połowu kilka karasi ponad 30-35 cm ten jeden 38 cm. W domu zważyłem rybę miała 1,26 kg (niezła sztuka). Niedzielny wypad nad wodę zaliczamy do udanych, słonko nas trochę przypiekło. Napewno tu jeszcze powrócimy.
Komentarze