Reklama

Nieproszeni goście

25/06/2009 18:05
(Lipiec 2008)

Nareszcie jestem na miejscu. Rozglądam się wkoło, i w pełnej fascynacji zachwycam się otaczającym pięknem natury. Tutaj słychać jedynie szum pędzącej wody oraz szelest kamieni poruszanych przeze mnie. Żadnej ingerencji człowieka, prawie pełna dzicz. Patrzę w dół i widzę tylko swoje ślady, ale nie tylko te dzisiejsze, również te z przed kilku dni, z przed tygodnia i jeszcze trochę starsze. To miejsce jest szczególnie wyjątkowe, bo pomimo swej ogromnej atrakcyjności nikt tutaj nie łowi, wszyscy rozsiadają się na łatwo dostępnych główkach i okolicznych żwirowniach. Ani trochę nie przeszkadza mi ten fakt. Bardzo cenię sobie spokój, ciszę i brak towarzystwa na nocnych spinningowych wyprawach.
Ale nic za darmo. Żeby czuć się pewnie na takiej wyprawie, samochód zostawiam w okolicach najbliższych zabudowań, co w przypadku tej miejscówki wiąże się z 30 minutowych marszem, który jest bardzo przyjemny, ale tylko w jedną stronę. Taka przechadzka w pojedynkę o północy jest świetnym treningiem dla wszystkich zmysłów, bowiem jak nigdy są wtedy wytężone.

Rozpakowuję najpotrzebniejszy sprzęt, wyciągam prowiant, przynęty, układam wszystko w jednym charakterystycznym miejscu, żeby po zmroku nie mieć problemów z lokalizacją „bazy”. Szukam, szukam w plecaku i by to jasna ch…. , lampa została w domu!. Co za niefart. Przed oczyma mam wiązanie woblera po omacku. Zaczynam się wahać czy kontynuować wyprawę. Jednak warunki są na tyle zachęcające, że postanawiam zostać tak długo jak tylko się da. A nóż światło do niczego mi się nie przyda a może jakaś ryba życia…

Rozpoczynam wędkowanie, wobler co rusz leci w mocny warkocz i dryfem zostaje wypchnięty na spokojniejszą wodę, gdzie teoretycznie na zagubione rybki powinien czekać gruby zwierz. Słońce zaczyna powoli chować się za horyzontem a kontaktu z rybą jak nie było tak nie ma. Nagle za plecami słyszę najmniej pożądany w tym momencie odgłos – a właściwie głos i to zarówno damski jak i męski. No nie, tylko nie to, będę miał towarzystwo. Wytężam wzrok i patrzę jak przez moje chaszcze, moją ukrytą ścieżką przedziera się gość i to z żoną(!), w rękach niosą amatorskie foteliki i teleskopowo ruskie wędki. Poczułem się zdradzony przez moją miejscówkę. Nagle okazało się, że nie tylko ja tutaj wędkuję. Zniósł bym to może, gdyby dotarł tam taki sam zaparty spinningista jak ja, ale totalni amatorzy? Niedzielni wędkarze? Tego typu myśli zostały natychmiastowo przerwane pytaniem gości, w którym miejscu łowię. Miałem ogromną ochotę, powiedzieć im, że łowię „tu wszędzie” a tam wyżej są wolne główki na Odrze, i ryb pewnie będzie więcej. Ale zachowując nerwy na wodzy z 80 metrów, które było do dyspozycji, zostawiłem im ze 30, dając sobie duże pole manewru w nocy. Liczyłem się z ewentualnym słusznym sprzeciwem gości, ale oni z uśmiechem na twarzy powiedzieli „nie ma sprawy, siądziemy sobie tam wyżej”. Tak też zrobili.

Robiło się coraz ciemniej, ryby w dalszym ciągu nie chciały współpracować, męczyłem miejscówkę na wszelkie sposoby. Bezskutecznie. Po chwili słyszę szelest bambusów za plecami. Znowu ktoś idzie. Do jasnej cholery, co jest!? Z za krzaków wychyla się postać mocno spoconego człowieka, w spodenkach i koszulce. Przez chwilę zastanawiam się, kto to u licha może być i po jakiego czorta zszedł do rzeki. Spragniony? Nagle odzywa się zaprzyjaźniona ekipa łowiąca obok i głośnymi słowami „Szczęść Boże” wita jak się okazało proboszcza pobliskiej wsi Nieboczowy (lub Ligoty Tw.). Wielebny szybko wytłumaczył, że zauważył znajomy samochód, więc przerywając jogging postanowił zajrzeć czy rybki biorą. Chociaż niechętnie, to muszę przyznać, że zrobiło się dość przyjemnie. Ksiądz podszedł także i do mnie, nawiązał rozmowę, zainteresował się piankową imitacją rybki, której działanie w krótkim czasie wyczerpująco wytłumaczyłem, po czym życząc udanych połowów pobiegł dalej.
Nadszedł czas na kolację. Odłożyłem kij, rozpakowałem kanapki, chwyciłem termos i postanowiłem pójść się bliżej zapoznać. Dosiadłem się, nalałem herbaty do kubka i okazało się, że owi wędkarze to małżeństwo od pół wieku mieszkające w pobliżu. Bardzo uśmiechnięci i szczęśliwi ludzie, co było aż niewiarygodne. Nawiązała się między nami długa rozmowa i wymiana zdań na temat zamieszkałych terenów, historii ziemi raciborskiej, edukacji mojej, oraz ich dzieci, przesiedleń w związku z budową zbiornika przeciw powodziowego, pogody, życia a przede wszystkim ryb. Okazali się ludźmi niesamowicie otwartymi i życzliwymi. Posiadali lampkę, z której do woli mogłem tej nocy korzystać. Co do wędkarstwa uprawianego przez nich, to było to proste zakładanie żywca na hak, wrzucenie w nurt i czekanie. Żadnej filozofii i zbędnych utrudnień. Nie ryba była dla nich celem, tylko przyjemność ze wspólnie spędzonych chwil w ustronnym miejscu. Dowiedziałem się, że w noc wcześniej coś bardzo ogromnego polowało blisko brzegów. Nie wiedzieli, co to za ryba, ale szybko im wytłumaczyłem, że chodziło o wąsatego. Ostrzegali mocno przez lekceważeniem Odry, szczególnie w okresie długotrwałych opadów. Podobno samochody kilku wędkarzy były na szybko wyciągane z podtopionych terenów, gdy poziom wody bardzo szybko podnosił się do góry.
Mogłem tak rozmawiać do późna w nocy, ale przypomniałem sobie, po co tu jestem, więc zabrałem wędkę i znowu przeczesywałem rzekę w poszukiwaniu nocnych drapieżników. Zaliczyłem jedno mocne branie suma, który wyciągnął kilka metrów żyłki, po czym się spiął. Nic dziwnego, że wyruszył na żer, bo w oddali pojawiały się rozświetlające niebo błyski. Jako, że do samochodu miałem kawał drogi, dla swojego bezpieczeństwa postanowiłem się powoli zbierać do domu. Jednakże nie było mi dane, ponieważ nowo poznani kompani widząc, że się pakuję zaproponowali (bez możliwości odmowy), że podwiozą mnie pod sam samochód, więc spokojnie mogę sobie połowić jeszcze pół godziny. Powiedzieli nawet, że w żądnym wypadku nie pozwolą mi wracać teraz taki szmat drogi samemu. Z nieukrywaną przyjemnością skorzystałem z tej propozycji.

Niestety tej nocy nie było już więcej brań. Zaczęło kropić, więc spakowaliśmy wspólnie rzeczy, pomogłem im zanieść fotele do starego wysłużonego maluszka i już po chwili byłem przy swoim samochodzie. W strugach deszczu szybko przeniosłem sprzęt i gorącym uśmiechem wielokrotnie dziękując pożegnałem nowych znajomych.

Odpalając samochód dalej byłem w szoku, że ta wyprawa tak się potoczyła. Nigdy bym nie przypuszczał, że w tamtym miejscu będę miał taką ciekawą przygodę. Ilekroć wędkuję w tamtej okolicy mam nadzieję, że znowu spotkam to małżeństwo, chętnie bym sobie znowu pogawędził i powędkował w miłym towarzystwie.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama