Przy ostatnim w sezonie „trociowaniu”, była to moja trzecia wizyta nad pobliską Redą przy drugiej spartoliłem rybkę, która sobie odpłynęła. Niemniej jednak z pewną dozą pesymizmu postanowiłem jednak zakończyć sezon nad wodą. Wędkarzy nad rzeką sporo jak na ten okres oraz na bardzo niski stan wody i jej klarowność. No, ale nie ma co się dziwić to przecież ostatni dzień sezonu – 30 września. Można było sobie odświeżyć wszystkie dołki, przelewy i rynny w których to w normalnych warunkach zawsze coś się działo. Zacząłem obławianie w znanych sobie miejscach, gdzie wyjąłem rybę lub miałem jakieś brania. Co jakiś czas zatrzymywałem się aby popatrzeć czy czasami nic nie przechodzi przez płycizny. W jednym miejscu trochę drobnicy, jakiś mały pstrąg, szczupaczek, okonek, a w innych całkiem pusto, jakby życia nie było. Tak przeszedłem spory odcinek rzeki podziwiając również otaczającą mnie przyrodę. Nieszczęśliwie wykonując rzut na gałęzi zwisającej nad środkiem rzeki utknął wobler. Kilka szarpnięć i uwolniłem przynętę. Jednak po oglądzie zauważyłem wygiętą agrafkę oraz luźny ster. Zmieniłem na innego woblera, ale…. Agrafki zostały w plecaku pozostawionym w samochodzie. No cóż, trzeba zaiwaniać do auta.
Kiedy dotarłem do samochodu, zastanawiałem się czy jeszcze warto chwilkę powędkować. Zmieniłem agrafkę i ruszyłem bardzo wolno, wręcz żółwim tempem w górę rzeki. Doszedłem do zacienionego odcinka rzeki, porośniętego na brzegach drzewami oraz inną bujną roślinnością. Z powodu niskiej wody do lustra było jakieś pół metra i całkiem spory dołek jakby trzeba było podebrać rybę i jeszcze trochę zwalonych gałęzi.
- Cóż można spróbować – pomyślałem sobie.
Zarzuciłem wzdłuż nurtu rzeki i wobler spłynął pod brzeg do dołka przy brzegu. Bez efektu, chyba nie ma tam ryby. Rzuciłem drugi raz, trzeci i…..
Za woblerem wychodzi ryba, widać, że troć. Zamarłem i przestałem zwijać zestaw. A ryba wywinęła się w stronę przynęty i siedzi. Dynamiczny zjazd w dół rzeki, pod brzeg, kilka młynków, jazda lekko w górę, ponownie w dół, do góry. Złapała powietrza i trochę przestała szaleć. Widzę, że jest dobrze zapięta. Patrzę na pięknie ubarwionego samca. Jak go teraz podebrać. Rozglądam się po brzegu i zauważyłem odstającą nad lustrem wody dość grubą gałąź, na której jedna nogą podpieram ciężar ciała. Powoli unoszę kij i ślizgam zmęczoną rybę pod brzeg, drugą ręką biorę chwytak i zahaczam nim pysk delikwenta. Szybki ruch w górę i jegomość leży na brzegu. Jest !!!!!! W końcu udany dzień. Piękny samiec troci wędrownej, zdrowy i ładnie ubarwiony z wyraźną kufą na zakończenie sezonu. Ale granica 70-ciu centymetrów ciągle nieosiągnięta. Te sześćdziesiątki mnie prześladują od samego początku mojej przygody z „trociowaniem”. Takie też są fajne, byleby były. Sześćdziesiąt centymetrów szczęścia oraz 2,50kg wagi na sam koniec też pięknie.
Połamania!!!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze