Historia, którą teraz opowiem usłyszałem przy okazji pewnych zawodów wędkarskich. Nie wiem czy prawdziwa, ale w pewnym sensie zabawna.
W drodze na jedną z weekendowych wypraw organizowanych przez koło, jeden z kolegów już w autokarze zaczął informować, że jest w posiadaniu dużej ilości przygotowanej już zanęty. Okazało się, że jest to ogromna miska, wypełniona niemal po brzegi. Co chwilę pytał się, czy ktoś nie jest w potrzebie, bo jeśli tak, to chętnie użyczy trochę specyfiku. Nie wzbudzałoby to żadnych podejrzeń, gdyby nie fakt, że zaczepił niemal każdego. Oczywiście prawie wszyscy byli przygotowani do wyjazdu i zaopatrzeni we własną zanętę. Jak się okazało, po przybyciu na miejsce, kolega rozpakował sprzęt i wspomnianą miskę z zanętą. Mieszanka pięknie pachniała, a na jej powierzchni panoszyła się znaczna ilość pinki. Kiedy przysiadł nad miską i zaczął przesypywać zawartość do wiaderka szczęśliwca, który zgodził się wziąć nieco nadmiarowej zanęty okazało się, że pod powierzchnią ukrytych było kilka butelek %.
Jak się okazało, ów kolega nie stronił od alkoholu i miał problem z akceptacją tego faktu przez małżonkę. Zawsze, kiedy wyjeżdżał na łowienie czy też zawody, miał przysłowiowe trzepanie pakunków w poszukiwaniu napojów wyskokowych. Kobieta wywracała nawet przysłowiowe skarpety na drugą stronę w poszukiwaniu kontrabandy.
Pomysłowość ludzka nie zna jednak granic i delikwent znając awersję żony do robactwa, postanowił schować butelki we wcześniej przygotowanej zanęcie...
Można się zapytać, dlaczego nie zaopatrywał się po wyjeździe. Nie wiem, ale sposób bardzo pomysłowy.
Komentarze