wybrałem sie z kolegą nad jezioro Kunów,postanowiliśmy zasiedzieć sie na sandacza.to było z poniedziałku na wtorek....pojechaliśmy dość wcześnie by nałapać parę płoci...od razu przeczuwałem ze nici z drapieżnika będą bo cisnienie spadało a na dodatek zaczęlo padać pod wieczór....płocie brały jak głupie........przed godziną dziewiątą zrobiłem dwa fileciki ze swierzej płotki,wyszedłem w woderach i wyrzuciłem jedną wędkę a potem drugą.....wraz z kolegą postanowiliśmy sie schować przed deszczem do samochodu....przysnęło mi sie ale ogodzinie 22.30 obudził mnie mój sygnalizator,zacinam wędkę i czuje ze jest....był to sandaczyk 56 cm.postanowiłem więc załozyć jeszcze raz wodery i postawić jeszcze na fileta.....za godzinke miałem drugie branie...tym razem coś większego 67 cm i znów godzinke póżniej następne branko i tez wyjęty 68 cm.......teraz już byłem zadowolony...szkoda mi tylko było mojego kolegi,który miał pech i nic tej nocy nie złapał.........oprócz płotek........... Teraz już wiem z pewnością ze jeśli chodzi o sandacza to nie ma na niego reguły kiedy bierze a kiedy nie......... pozdrawiam wszystkich wędkujących
Komentarze