Sezon podlodowy skończony. Pora wyciągnąć spining i rozejrzeć się za jaziem i kleniem. W grudniu korzystając z przeceny kupiłem kijek Dragon Millenium ChubHunter i plecionkę Dragon Invisible 0.06. Z niecierpliwością, ale i z zaciekawieniem czekałem na ten pierwszy raz. Kijek jest dość „kluchowaty” i nie wiem jak sobie z nim poradzę. Nowa plecionka nawinięta więc ruszam nad rzekę. Zastanawiam się gdzie zacząć. To dopiero kilka cieplejszych dni więc zakładam, że ryby stoją jeszcze w parku na głębszej i spokojniejszej wodzie. Pogoda nie jest najlepsza. Wieje bardzo silny wiatr z kierunku S-W, ale czuć już w nim wiosnę. Nad wodą spore zaskoczenie bo jedynie starszy pan na przeciwnym brzegu. Albo wszyscy przestraszyli się pogody, albo wyruszyli na łąki w pogoni za licznymi na tym odcinku jaziami. Zakładam malutkie kopytko relaxa na 2g główce. Pierwszy rzut i pozytywne zaskoczenie przynęta leci dość daleko i celnie, nawet w poprzek wiatru. Wolno zwijam wzdłuż brzegu tuż przy zbutwiałej roślinności. Po kilku rzutach czuję „porządne” uderzenie i kleń 15cm melduje się pod nogami. Zostawiam pierwszą miejscówkę i idę dalej. Powoli przyzwyczajam się do wędki i rzuty stają się celniejsze, aż do czasu gdy czuję się zbyt pewnie i tracę trzy gumki w gałęziach na przeciwległym brzegu. Zostawiam to pechowe miejsce i przechodzę na dość szeroki napływ przed zwalonym drzewem. Woda jest dość niska więc w gumowcach przechodzę przez przybrzeżne wypłycenie i staję nad samym kantem. Jestem w tym miejscu pierwszy raz i zastanawiam się jak tu może być głęboko. Na wszelki wypadek na pierwsze rzuty zakładam gorszą gumkę. Okazuje się, że woda jest dość czysta i przynajmniej do 1.5m jest czysto. Za chwilę pod przeciwległym brzegiem pokazuje się spore oczko. Zmieniam na czarną gumkę Mikado Saira na 1g czeburaszce i rzucam. Przynęta ląduje na przeciwległym brzegu, ale na szczęście na trawie. Delikatnie ściągam ją do wody. Gdy wchodzi w nurt przestaję zwijać i pozwalam jej swobodnie spływać na napiętej plecionce. I nagle ta najpiękniejsza chwila czuje uderzenie i opór na końcu zestawu. Nie dane mi jest jednak cieszyć się do końca ryba szybko się spina. Jestem wkurzony, ale postanawiam odpuścić na chwilę przeciwległy brzeg. Tym razem rzucam w stronę powalonego drzewa. Miejsce wydaje się bankowe, ale w kilku rzutach nie przynosi nawet pojedynczego puknięcia. Następne w kolejce obieram trzcinki rosnące przy moim brzegu ze spokojniejszą wodą. Tutaj liczę na jazia. W pierwszym wolnym przeciągnięci kilka metrów ode mnie czuję delikatne puknięcie, ale nic poza tym. Obstawiam, albo okonia, albo małą gałązkę. Podrzucam kilka razy i w końcu czuję miły opór, ale ryba ponownie spina się dość szybko. Stoję ogłupiały na brzegu i zastanawiam się co jest nie tak. Dochodzę do wniosku, że to wina haków i przechodzę na kotwiczki. Miejsce jest już sprawdzone więc wyciągam malutki brązowy woblerek w pomarańczowe pasy, który przygotowałem zimowymi wieczorami. Tym razem postanawiam ponownie rzucić pod przeciwległy brzeg. Wobler ląduje ponownie na przeciwległym brzegi i cichutko schodzi do wody. Po wejściu w nurt następuje uderzenie i tym razem siedzi pewnie. Kołowrotek nie oddaje ani metra plecionki, wszystkie zrywy amortyzuje wędka. Miękka praca na całej długości daje sporą pewność holu i ryba lekkim ślizgiem ląduje przy nogach. Nie jest to kolos, ale na tym przełowionym odcinku cieszy każdy wymiarowy kleń. Chwila radości, zdjęcie i ryba spokojnie odpływa. Na „mojej” niezbyt dużej rzece po jednym holu zazwyczaj zmieniam miejsce, ale postanawiam jeszcze kilka razy przepuścić chrabąszcza pod zwalone drzewo i trzcinki. W kolejnym rzucie uderzenie i ryba pewnie zapięta, ale za chwilę nogi mi się uginają bo z wody wyskakuje pusta linka. Szlag mnie trafia bo wygląda na to, że wobler którego tak starannie pilnowałem został obcięty przez szczupaka. Nie mogę sobie tego darować. Co prawda na tej rzece nie zdarzały mi się obcinki, ale tu na spokojnej wodzie przy trzcinach mógł stać jakiś pistolecik. Z drugiej strony mam pewne wątpliwości co do obcinki. Linka jest przerwana dokładnie po środku luźnego węzła rapala, tam gdzie stykała się z malutka agrafką. Czyżbym nie zauważył jakiejś skazy na lince lub zadry na agrafce? Pomimo bardzo owocnego dnia czuję spory niesmak i żal. Rzucam jeszcze kilka razy gumą, ale bez przekonania. Powoli się zwijam. Wracając do auta analizuję dzisiejszy wypad. Generalnie jestem zadowolony z nowej wędki i plecionki. Rzuty małymi przynętami są dalekie i ciche. Zestaw przenosi nawet bardzo delikatne puknięcia. Jest to dla mnie tym bardziej odczuwalne, że cały ubiegły sezon łowiłem żyłką która jest bez porównania mniej czuła. Linka jest dość wytrzymała, choć trzeba się liczyć z tym że gałęzi z przeciwległego brzegu nie złamiemy. Wędka mimo że „kluchowata” dobrze ładuje się nawet mikro przynętami i pewnie amortyzuje hol ryby. Z niecierpliwością czekam na próbę sił z większymi okazami w silnym nurcie. To może być ciekawe przeżycie i tego życzę również wam.
Komentarze