Wczoraj rano wybrałem się na ryby. Na łowisku byłem około 4.30. Kiedy rozpakowywałem się, zobaczyłem bąble na wodzie oraz dosłownie "łamiące" się trzciny. Pomyślałem, że może znowu uda mi się złowić jakiegoś ładnego karpia albo może w końcu lin podejdzie.
Rzuciłem dwie garście kukurydzy i zarzuciłem wędkę. Po 15 minutach miałem ładne branie. Zaciąłem...i ryba urwała przepon. Opór był bardzo silny, aż się zdziwiłem, bo plecionkę miałem na przeponie. Ale zapomniałem o tym i rzuciłem ponownie. Po chwili miałem kolejne branie. Tym razem byłem dobrze przygotowany. Zaciąłem. Poczułem równie silny opór,ale po chwili ryba puściła haczyk. Miałem już iść do domu, ale powiedziałem sobie do trzech razy sztuka, jak teraz się nie uda, to nie idę na ryby przez tydzień. Rzuciłem trzeci raz. Poczekałem znowu może z 5 minut i miałem kolejne branie. Tym razem zaciąłem w samą porę. Ryba ładnie walczyła, ale szybko znalazła sie na brzegu. Miara, waga - 42cm, 1.3 kg. Ładny karaś - pomyślałem. Rzuciłem sprzęt z nadzieją na następną rybę. Nie myliłem się. Kolejny karaś. Trochę mniejszy - 38 cm,1 kg. Teraz byłem bardzo szczęśliwy, ale czegoś jeszcze mi brakowało. I znowu się nie myliłem. Brakowało mi lina - i proszę - 35 cm, 0.8 kg. Po prostu piękne brania. A zaczęło się fatalnie innymi słowy - Karaś-Lin 2:1. :)
Komentarze