Moja przygoda z wędkowaniem zaczęła się późno. Zaczęła się też inaczej, niż powinna była. O inicjacji wędkarskiej myślę stereotypowo. Myślę mianowicie, że nad pierwszym zarzuceniem wędki, potem zmontowaniem tejże (w tej kolejności) czuwać powinni ojciec lub dziadek, przekazując potomkom pasję i spokój wędkarstwa. U mnie nic z tego. Żadnego z dziadków nie dane mi było zobaczyć na oczy. A mój ojciec? To rzecz - gdy o wędkowanie chodzi -skomplikowana. Jest synem Wisły. Koniec lat czterdziestych, początek pięćdziesiątych... Cóż robić w zburzonej Warszawie, gdy mieszkasz nad Wisłą? Można tylko łowić. I ojciec mój, leszczynowym w najlepszym razie, kijem, kijem wyposażonym w linkę ze sznurka i zagięty drut, łowił kiełbie i jazgarze.... Myślę sobie, że zapamiętał łowienie jako plebejską rozrywkę, której należało się wstydzić. Może dlatego nigdy nie zabrał mnie na ryby. Dziś świat staje na głowie, bo to ja uczę mojego Tatę wędkowania. Razem chodzimy na ryby i tak odzyskujemy utracony czas.
Komentarze