Reklama

Olecko 97 - dzień 2

12/02/2012 04:52
Wracaliśmy z łowiska jak Francuzi spod Borodino. Kogo nie spytałem, to nikt nie zaliczył choćby jednej wymiarowej rybki ! Wszyscy absolutnie rozczarowani i głośno mówią o przekręcie gospodarza zawodów, czyli o ZO Suwałki. Nie byłoby większych protestów, gdyby w informacjach przed zawodami podano charakterystykę łowiska. Bo wszyscy przyznali, że to łowisko było delikatnie mówiąc „nietypowe „.
Ekipy składają protesty, okazuje się, że na 34 ekipy aż 22 jest bez ryb ! Piotrowi udało się złowić ładną płotkę i jesteśmy na 6 miejscu po dyskwalifikacji zawodnika z Krakowa ( zbyt krótka wędka ).
Po kolacji większość wędkarzy zostaje na dużej stołówce. To najprzyjemniejsza część zawodów, czyli spotkania towarzyskie. Zaczynają się lodowe wędkarskie opowieści, robi się całkiem fajny nastrój. Powoli zapominamy o tym fatalnym dzisiejszym wędkowaniu. Gerard Balcerek z Bydgoszczy ( ojciec znanej zawodniczki – Agnieszki Balcerek ) wylosował kosz wędlin ( przypominam, że był to rok 1997  ) i zaprasza wszystkich do wspólnej biesiady. Ktoś przynosi „coś mokrego” i zaczynają się opowieści. A to ktoś dryfował na krze na Wiśle, inny nie mógł zejść z lodu, bo lód od brzegu puścił i dopiero chłopi ze wsi przynieśli drabinę, by wędkarz mógł wrócić na brzeg.
Ja opowiadam jak wpadłem do dużej dziury wybitej w lodzie do pozyskiwania ochotki z mułu. Niby wiedziałem gdzie jest, ale w nocy padał tak gęsty śnieg, że wszystko zakrył. A że byłem mało cierpliwy, to kręciłem się po lodzie szukając okoni. No i w końcu wpadłem… Na szczęście jeziorko było tylko kilka kilometrów od domu, to zdążyłem dojechać przed zamarznięciem…
Pan Rysio Dondolewski ( mąż Teresy Dondolewskiej z Elbląga ), przesympatyczny, rubaszny człowiek opowiada jak to schodzili z lodu we trzech. On ze 140 kg wagi na przedzie, potem ze 100 kilo a na końcu taki zdechlaczek z 60 kg. Wracali przez trzciny i załamał się lód. Zgadnijcie pod kim...
Nasz kierownik drużyny opowiada o siatce wmarzniętej w lód na moim stanowisku. Nikt o czymś takim nie słyszał, by coś takiego miało miejsce na zawodach tej rangi. Kiedy „rum zaszumiał w głowie…” złożono kolejny protest, tym razem w mojej sprawie. Rano dowiedziałem się, że zaliczono mi miejsce ostatniego zawodnika w moim sektorze który punktował, czyli dziewiąte. Najważniejsze, że nie miałem zera, czyli zachowałem szansę na przyzwoity wynik.
Przeżycia minionego dnia tak mnie znużyły, że poszedłem spać około 22-giej. Nie zasnąłem od razu, analizowałem na spokojnie wszystko, co się wydarzyło. Kilka cennych informacji usłyszałem na wieczornej biesiadzie. Ktoś złowił w tych ekstremalnych warunkach ładnego okonia na blaszkę, ktoś dociążył mormyszkę sporą śruciną.. Najwięcej ryb złowiono na ciężkie zestawy spławikowe. Czyli można było coś się dowiedzieć więcej niż nasz kolega…
Następnego dnia łowiłem w sektorze A na stanowisku 25. Dowiedziałem się tylko, że wczoraj łowił tu warszawiak i był na zero.
Po ciepłej i wietrznej nocy woda z lodu zniknęła. Ale pojawił się problem z wejściem na lód, który odtajał na pół metra od brzegu. Ja poradziłem sobie, ale wielu miało problem z uwagi na sprzęt a przede wszystkim swoją tuszę. Tego dnia było zupełnie inne łowienie. Ucichł wiatr, woda spłynęła do otworów, czyli w końcu normalne wędkowanie. No i zaczęło się łowienie ryb. Oczywiście dla tych, którzy byli przygotowani na łowienie w łowisku na 20-tu metrach.
Prawdziwy problem był z zejściem z lodu. Śmiesznie wyglądała procesja ponad stu ludzi idących gęsiego wzdłuż brzegu w poszukiwaniu miejsca do zejścia na ląd. Po około kilometrze udało się znaleźć drzewo powalone do wody. Wspólnymi siłami i z pomocą innych wędkarzy wszyscy zeszli z lodu bez kąpieli.
Tym razem więcej ekip zaliczyło ryby, w tym wszystkie wyprzedzające nas. I mimo tego, że i my zaliczyliśmy ryby nie awansowaliśmy. Indywidualnie też byliśmy daleko. Dla mnie 18-te miejsce mimo wszystko było sukcesem ( w końcu debiut ), tak dla moich kolegów miejsca poza dziesiątką były totalną porażką.
Rozjechaliśmy się szybko, nie czekając na końcowe wyniki. Wiele ekip w ten sposób zademonstrowało gospodarzom swoje rozczarowanie i co myślą o takiej organizacji. Z prasy dowiedziałem się , że Mistrzem Polski został Krzysztof Gryniewicz. Skąd ? Z Olecka…

W 1999 roku zdobyliśmy z kolegami Mistrzostwo Okręgu. Indywidualnie byłem 4-ty, więc nie załapałem się do drużyny okręgowej. Jakież było moje zdziwienie, gdy dostałem tel. z okręgu, że w najbliższą niedzielę jest dogrywka 10-ciu najlepszych zawodników. Nigdy czegoś takiego nie praktykowano. Na miejscu domyśliłem się o co chodzi. Ktoś usilnie pragnął znaleźć się w ekipie, mimo, że nie był na podium. Straciłem szacunek dla wielkiego wędkarza i dałem sobie spokój ze startami w takich zawodach...
W późniejszych latach było jeszcze weselej. Na rozegranie Mistrzostw Okręgu lód był za słaby, ale na Mistrzostwa Polski, rozgrywane dwa tygodnie później na tym samym zbiorniku lód był już dobry. Okręg olsztyński reprezentowała ekipa wyznaczana przez Vice Prezesa Okręgu ds.sportu, czyli P. S. ...
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama