Reklama

Pan kleń

12/12/2009 13:21
Po sezonie siedzę i się, zastanawiam czy normalnym było przemierzanie tych dziesiątków kilometrów w poszukiwaniu jednego dołka ze zwisającym nad nim czymś zielonym, i później obławianie go na wszystkie możliwe sposoby. Ceną za znalezienie go był pot spływający do woderów i tworzący w nich małe bagienko, kilka razy porządnie się poobijałem przewracając, raz prawie w gips mi kostkę przez to chcieli wsadzić. Nie wspominam już nawet o paru nieprzewidzianych kąpielach, setkach tysięcy bąbli i zadrapań, no i oczywiście zgubionych dwóch koszulkach. Ale jak patrzę na zdjęcia, wspominam te wszystkie wypady i podchody, próby kombinowania z przynętami o jakich nawet NASA nie marzy, tą radość po holu i wypuszczeniu ryby, to wiecie co?? Było warto!!!


W pamięć najbardziej zapadają niesamowite, niecodzienne zdarzenia i oczywiście te największe ryby...

Wakacje po skończeniu liceum zapowiadały się cudownie. Te parę miesięcy miałem zamiar przeznaczyć głównie na wędkowanie. Ale moim przypadku chyba lepiej określać to polowaniem. Polowaniem na mojego ulubieńca: wszędobylskiego, wszystkojedzącego i niesamowicie chimerycznego pana klenia. Jednak pierwsze dwa miesiące wakacji sprowadzają mnie z nieba do raju. Kleń nie za bardzo żeruje i trafiają się tylko pistolety do 40cm. Dopiero w drugiej połowie lipca następuje przełom i pierwszy przekracza czterdziestkę. A później? Później to już worek się rozwiązuje.

Sam koniec lipca, woda jest nagrzana i strasznie niska. Od kilku dni nie złapałem niczego sensownego i przestałem wstawać o świcie, żeby próbować na ciut zimniejszej wodzie trafić w porę żerowania kleni. Jak nie, to nie pocałujcie mnie w cztery litery ja się dla was nie będę tak poświęcał. Jednak instynkt zabójcy robi swoje. Godzina 8 i już wyobraźnie podsuwa mi wizję stojącej w nurcie na płytkiej wodzie kłody z czerwonymi wykończeniami. O nie, tak to nie będzie ona tam sobie pływa a Ty kisisz się w łóżku? Dupsko do góry i nad wodę marsz! To rozkaz tej stojącej wyżej w hierarchii części Ciebie, Leń nie ma tu nic do gadania! Mimo tego, że cała reszta ZOO we mnie się buntowała i chciała jeszcze poleżeć to pakuję się pod zimny prysznic, jem śniadanie i dawaj na dwór.

Otworzenie drzwi w klatce schodowej przypominało otworzenie nagrzanego piekarnika. Na zewnątrz jest ponad 30 stopni a ja w woderach. Ludzie patrzą na mnie jak na idiotę ale już się nauczyłem, że mokre, gołe nogi i busz, przez który zwykle się przedzieram nie komponują się ze sobą zbyt dobrze. Sprint nad wodę, byle jak najszybciej ochłodzić nagrzaną gumę i podstawowe pytanie: gdzie by to dzisiaj popróbować swojego szczęścia? Po tej stronie rzeki, po której znajduję się moja miejscowość zwykle za dużo plażowiczów jest w lecie, więc najpierw trzeba się przeprawić na drugą stronę. Woda jest niziutka więc nawet nie muszę się martwić, że cokolwiek mi się do woderów naleje, zresztą sam tam sobie zrobiłem kałuże idąc w pełnym słońcu. Ostatnie kroki w wodzie i zaraz za mną robi się zamieszanie. Całe stado brzan płynie sobie w górę rzeki do rynny znajdującej się parenaście metrów wyżej. Hehe to mamy plany na dzisiaj. Zmieniona szpula na taką z ciut grubszą żyłką i już stoję na początku rynny. Woda ma tu około metra ale jest tak czysta, że widać dno i próbujące się dotlenić w mocnym nurcie stadko. Wymiatacz rynien ląduje w wodzie i zaczynam go prowadzić powolutku pod nurt. Pierwszy, piąty, dziesiąty raz, kilkakrotna zmiana przynęty i sposobów prowadzenia, sto pięćdziesiąty i zero reakcji.

A żeby was tam coś... Nie no bez przesady przecież nawet jak nie żerują to odprowadzają przynętę przynajmniej kawałek. A te jakby nagle oślepły i nawet ocierający im się o pysk wobler nie wywołuje kompletnie żadnej reakcji. W pewnym momencie jedna podnosi się z dna i łapie coś w połowie wody. Więc tak się chcecie pobawić? Na agrafce ląduje mój ulubiony żuczek Salmo i chlup do wody. Chwila postoju i kolebania się w nurcie i reakcja jest natychmiastowa. Widać tylko złoty błysk przy nawrocie i hamulec zaczyna jęczeć i... Pustka. Hmm coś nie tak, woblerek dalej pracuje w nurcie ale przecież brzany się o tak o nie spinają. Ściągam szybko przynętę do siebie i już wszystko jasne. Rozgięły się druciane kotwiczki. A stadko czmychnęło sobie w siną dal. Mieląc pod nosem pewne niekulturalne epitety i wymieniając kotwiczki i szpulę, idę kawałek w górę. Ooo tego w tym miejscu nie pamiętam. Nurt wymył dziurę w brzegu nad którą zwisają trawy i nachylone drzewo, a prąd akurat odbija kawałeczek wcześniej.

Pierwszy rzut, woblerek jeszcze dobrze nie spada do wody, a ja już na wędce czuje szarpnięcie. Maluszek nawet nie był w stanie zmieścić całej przynęty w pysku i szybko wraca do wody. Trzeba by się przesunąć kawałek, żeby dokładnie to miejsce obłowić. Kolejne dwa rzuty i sytuacja się powtarza. Tylko woblerek dotyka powierzchni widać zawirowanie i na wędce pulsujący ciężar. Ten jest znacznie większy ale z prądem się go łatwo holuje. Dopiero przy nogach jest chwilka zabawy ale po chwili czterdziestaczek wraca do wody. Kolejny rzut i znowu deja vu. Tym razem zawirowanie ale pustka. Nie trafił. Prowadząc woblerka z nurtem nagle zaczynam czuć lekkie podszarpywanie. Pewnie znowu jakiś maluch się bawi. Przycinam delikatnie i siedzi. Kurde temu zachciało się płynąć z prądem i odpłynąć kawałek od brzegu. Nagle widzę mijający mnie w wodzie cień i wędka zaczyna się coraz bardziej wyginać. O cholera boleń się uwiesił. Całe szczęście, że wymieniłem te kotwiczki. Kurde tak jakoś strasznie tępo walczy. Yyy... Ale zaraz zaraz, dlaczego toto ma takie czerwone płetwy?? O żesz Ty kurde Halinka...

Ale kleń! Dzięki Ci brzano, dzięki, że musiałem wymienić te kotwiczki! Rybka daje się podprowadzić prawie pod nogi i na hamulcu odjeżdża kilkanaście metrów. Oj mały skurczysynku z Tobą to będzie zabawa ładna. Ale i tak pstryknę Ci parę fotek żeby była pamiątka jakbyś się spiął. Ale ten ani myśli się spinać i chyba podoba mu się zabawa „podpuść tego wariata i dawaj nogę w nurt”. Za 4 razem już go prawie mam, już go pawie trzymam... I fik przez rękę i znowu parę metrów w nurt. Ale słabnie. Odjazdy są coraz krótsze i tak jakby wolniejsze. Jakby Cię tu tak dobrze złapać... No nic, kto nie ryzykuje, ten w reality show nie występuje... Czy jakoś tak. Szanowny pan kleń stoi mi przy nogach, a ja wsadzam wędkę do wodera i łapię go obiema rękami. Rybka leży na brzegu, a ja swoim odgłosem wystraszyłem chyba całą zwierzynę w promieniu kilometra. Szybkie mierzenie: ma, nie ma, ma, nie ma... Zabrakło 2 cm do magicznej granicy, ma 58cm. No nic jeszcze kiedyś ją przekroczę. A teraz buzi i do wody. Nawet bez reanimacji odpływa natychmiast do swojego królestwa. Na dzisiaj wystarczy mi emocji, wracamy do domu.

Kilka dni później złapałem tam jednego troszkę mniejszego (54cm) i widziałem takiego chyba w okolicach 70 cm... Jedyne co mnie cieszy, to to że nie dostałem na ten widok zawału. Ale z tym dużym mam nadzieję, że jeszcze przyjdzie mi się zmierzyć.

Materiał zgłoszony na konkurs wedkuje.pl
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama