W każdą sobotę lub niedzielę staram się być nad wodą żeby móc się rozkoszować pięknem jesieni i oczywiście emocjonującymi braniami jesiennych drapieżników. Przyszła sobota 23 październik, wreszcie, zbieram sprzęt i jadę łowić. Nie marnuję czasu na jedzenie obiadu bo w październiku szybko się ściemnia i ciężko zlokalizować siedziby płotek, które co tydzień oddalają się od brzegu spływając na głębszą wodę. Jestem na brzegu, rzut okiem na piękne brzegi zbiornika w Majdanie Sopockim. Staram się jak najszybciej złowić płoteczkę, ale nic się nie dzieje. Chodzę wzdłuż brzegu, zarzucam i zwijam bez rybki. Wysypałem do wody chyba pół wiaderka zanęty i nic - cholera. Za chwilę się ściemni a u mnie na gruntówce 4 pinki zamiast żywca. Chodzę po brzegu i czekam aż sygnalizator się odezwie. Jest coraz ciemniej i zimniej . . . sygnalizator daje znać ale zanim dobiegłem było po wszystkim. Zwijam zestaw a na haku zostało 2 pinki. Jestem zbyt głodny i zmarznięty by dłużej siedzieć więc zbieram się do domu. Ciepła herbata w domu pozwala się zastanowić jakie metody i przynęty użyję w niedzielny poranek – bo przecież nie połowiłem. Wstaję „rano” o 6:00 a 30 minut później jestem na brzegu z torbą w ręku i wiaderkiem zanęty o zapachu czekolady na płoć. Dwie garście zanęty ląduje w wodzie około 6m od brzegu a ja szybko wiąże przypon z haczykiem 14. Rozkładam wędkę płociową i pierwszy rzut, oczekiwanie, zwijam i drugi rzut o metr dalej i rozkładam żywcówkę, nic specjalnego kij kongera karbomax 60g. Po chwili wyciągam małą płotkę, którą uzbrajam szydłem w małą kotwiczkę i rzut. Leci pięknie około 40m, ustawiam wędzisko na podpórkach i włączam sygnalizator a żyłkę wkładam pod gumkę na wędce. Zajmuję się płotkami bo o żywce trudno i ciężko już znaleźć miejsce gdzie biorą. Nagle słyszę przeraźliwy pisk sygnalizatora i staję jak wryty bo takiego wybierania żyłki ze szpuli jeszcze nie widziałem jak żyję. W kilkanaście sekund ryba wysnuła ze szpuli dobre 30m i widać było pod żyłką podkład z brązowej starej żyłki. Przez głowę przemknęła mi tylko jedna myśl – „jeszcze trochę i wyciągnie podkład a wtedy na pewno się urwie przy holu”. Podnoszę wędzisko i zamykam kabłąk. Ryba szybko naprężyła żyłkę a ja mocno zacinam, bo spodziewam się twardego pyska sandacza. SIEDZI. O cholera, ryba jest ogromna, to nie okoń i nie szczupak bo strasznie szaleje a kij nagięty jest do granic możliwości. Próbuję holować ale idzie mi to strasznie opornie. Myślę, że pewnie w drugiej minucie holu, bo napływ adrenaliny zatrzymał mi krążenie, ryba grzęźnie w roślinności podwodnej i jest już po zabawie . . . próbuję zerwać krzaczory mocna szarpiąc i nic. Czuję jak na haku szamocze się bestia więc odpuszczam dając jej luz ale i to nic nie pomaga. Tego jeszcze nie miałem. Po dłuższej chwili postanowiłem uratować jak najwięcej żyłki i odcinam z żalem zdobycz . . . Tego dnia miałem jeszcze jedno branie drapieżnika i też wpłynął w chaszcze, pocieszające jest to, że drugi wypiął się. W sobotę jadę z dużo mocniejszym sprzętem żeby ta sytuacja nie powtórzyła się drugi raz.
Komentarze