Reklama

Pech

27/10/2010 21:15
W każdą sobotę lub niedzielę staram się być nad wodą żeby móc się rozkoszować pięknem jesieni i oczywiście emocjonującymi braniami jesiennych drapieżników.
Przyszła sobota 23 październik, wreszcie, zbieram sprzęt i jadę łowić. Nie marnuję czasu na jedzenie obiadu bo w październiku szybko się ściemnia i ciężko zlokalizować siedziby płotek, które co tydzień oddalają się od brzegu spływając na głębszą wodę.
Jestem na brzegu, rzut okiem na piękne brzegi zbiornika w Majdanie Sopockim. Staram się jak najszybciej złowić płoteczkę, ale nic się nie dzieje. Chodzę wzdłuż brzegu, zarzucam i zwijam bez rybki. Wysypałem do wody chyba pół wiaderka zanęty i nic - cholera. Za chwilę się ściemni a u mnie na gruntówce 4 pinki zamiast żywca. Chodzę po brzegu i czekam aż sygnalizator się odezwie. Jest coraz ciemniej i zimniej . . . sygnalizator daje znać ale zanim dobiegłem było po wszystkim. Zwijam zestaw a na haku zostało 2 pinki. Jestem zbyt głodny i zmarznięty by dłużej siedzieć więc zbieram się do domu.
Ciepła herbata w domu pozwala się zastanowić jakie metody i przynęty użyję w niedzielny poranek – bo przecież nie połowiłem.
Wstaję „rano” o 6:00 a 30 minut później jestem na brzegu z torbą w ręku i wiaderkiem zanęty o zapachu czekolady na płoć. Dwie garście zanęty ląduje w wodzie około 6m od brzegu a ja szybko wiąże przypon z haczykiem 14. Rozkładam wędkę płociową i pierwszy rzut, oczekiwanie, zwijam i drugi rzut o metr dalej i rozkładam żywcówkę, nic specjalnego kij kongera karbomax 60g. Po chwili wyciągam małą płotkę, którą uzbrajam szydłem w małą kotwiczkę i rzut. Leci pięknie około 40m, ustawiam wędzisko na podpórkach i włączam sygnalizator a żyłkę wkładam pod gumkę na wędce. Zajmuję się płotkami bo o żywce trudno i ciężko już znaleźć miejsce gdzie biorą.
Nagle słyszę przeraźliwy pisk sygnalizatora i staję jak wryty bo takiego wybierania żyłki ze szpuli jeszcze nie widziałem jak żyję. W kilkanaście sekund ryba wysnuła ze szpuli dobre 30m i widać było pod żyłką podkład z brązowej starej żyłki. Przez głowę przemknęła mi tylko jedna myśl – „jeszcze trochę i wyciągnie podkład a wtedy na pewno się urwie przy holu”. Podnoszę wędzisko i zamykam kabłąk. Ryba szybko naprężyła żyłkę a ja mocno zacinam, bo spodziewam się twardego pyska sandacza. SIEDZI. O cholera, ryba jest ogromna, to nie okoń i nie szczupak bo strasznie szaleje a kij nagięty jest do granic możliwości. Próbuję holować ale idzie mi to strasznie opornie.
Myślę, że pewnie w drugiej minucie holu, bo napływ adrenaliny zatrzymał mi krążenie, ryba grzęźnie w roślinności podwodnej i jest już po zabawie . . . próbuję zerwać krzaczory mocna szarpiąc i nic. Czuję jak na haku szamocze się bestia więc odpuszczam dając jej luz ale i to nic nie pomaga. Tego jeszcze nie miałem.
Po dłuższej chwili postanowiłem uratować jak najwięcej żyłki i odcinam z żalem zdobycz . . .
Tego dnia miałem jeszcze jedno branie drapieżnika i też wpłynął w chaszcze, pocieszające jest to, że drugi wypiął się. W sobotę jadę z dużo mocniejszym sprzętem żeby ta sytuacja nie powtórzyła się drugi raz.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama