Ja łowię na stawach, które są położone nieopodal domu, niestety został mi się jeden sąsiada, bo mój który wykopałem własnoręcznie szpadlem nie jest za wielki - ma jakieś 8 na 2 metry i głęboki w najgłębszym miejscu na 1,6m, ale niestety woda nie naszła i utrzymać po nalaniu też się nie chce.
Odkąd pamiętam byłem uczony przez tatę, aby ryby wypuszczać i ryby jedynie przynosiłem do stawów w okolicy, aby wszędzie były ryby, a łowię już 15 lat i miałem kilka okazów w swoim życiu i każdy z nich wrócił do wody nie zawsze tam gdzie została złowiony, ale nie poszedł na patelnię. Cała tajemnica tkwi w tym, aby od małego, przyszłego wędkarza uczyć wypuszczać ryby i że wcale nie ma nic przyjemnego w zabijaniu ich i jedzeniu, bo większość szczyci się tym co złapało i jak smakowało, rzadko można usłyszeć, że ktoś wypuścił swą zdobycz. A to jest piękna chwila. Zawsze się cieszę jak złapię coś dużego i na myśl, że będę mógł ją wpuścić do siebie do stawu i że później będę miał co łapać i że się rozmnożą. Niestety nie mogę tego zwalczyć.
Kiedyś pamiętam jak w jednym stawie w okolicy było od groma ryb, do tego stopnia, że idąc z wędką ze spławikiem z pióra i ciastem lub czerwonym robakiem łapałem karasie jeden za drugim i nie musiałem nęcić. Nawet kulki z ciasta robiłem jak łepek od szpilki i łowiłem ryby, bo było ich tak wiele. Gdy staw wysychał, z hydrantu dolewałem wody po czym ludzie nawrzucali śmieci, przyszli i łowili na potęgę podrywkami i czym się da. Te ryby przeznaczano dla kaczek, dla świń na paszę. Gdy wpuściłem 200 szt. malutkich linów przyszedł sąsiad łowić. Powiedziałem mu, że wpuściłem te liny i aby jej wypuszczał jak złowi, wracając zobaczyłem jak odchodzi z pełną siatą :(
Nie raz gdy jadę ludzie łowią malutkie sztuki po kilka cm i biorą na kotlety, ja czasem też biorę, ale do stawu i wiem, że w sumie nie powinienem, ale wychodzę z założenia, że wolę je zabrać żeby u mnie urosły, niż wypuścić, aby ktoś je wziął i zjadł. W ten sposób zarybiam stawy, a największą przyjemność mam z wypuszczania tych dużych sztuk. Często ktoś się dziwi i twierdzi, że on to by zjadł i go zazdrość zżera, że ryba wraca do wody.
Zawsze wożę ze sobą na ryby wiadro, a na dalszą drogę pompkę, aby ryby dożyły na postojach, zmieniam wodę. Pamiętam jak dziś, jak kiedyś zabierałem karpie na Boże Narodzenie i wrzucałem do stawu, albo jak kupowałem za uzbierane pieniądze ryby na święta, które trafiały do stawu i amura, któremu robiłem sztuczne oddychanie i którego dowiozłem do domu i wypuściłem. Albo jak przesiadywałem nad rybami, które były na wpół żywe i później widziałem jak dostały drugie życie, jak pływają ślicznie...
Wiele się nauczyłem, mając kiedyś na podwórku betonowy staw po starym silosie z wodą, która leciała do niego 24h na dobę, przezroczysta woda, setki ryb małych dużych i jak cieszyły oko pływając. Trzeba się nauczyć kochać i czerpać przyjemność z tego, co się ma i z patrzenia na przyrodę i na te ryby, a nie jak są na talerzu zabite. Równie dobrze można sobie kupić rybę w sklepie. Po za tym to co mnie nauczył tata - wielkie ryby, które mają po kilka kilogramów są niesmaczne, np. karp ma mięso galaretowate jak ma kilka kilogramów, szczupak np. ma wiórowate mięso, po prostu niesmaczne są te największe ryby. Ja na własnej skórze się nie przekonałem, bo nie przepadam za jedzeniem ryb. Uwierzyłem tacie na słowo.
Wspominam stare piękne czasy, gdy było dużo różnorakich ryb, dużo stawów. Staram się jak mogę, by koło mnie było chociaż tak. Gdyby każdy zadbał, aby w jego okolicy było dużo ryb i o zbiorniki byłoby super. Nie mogę przeboleć tego, że kilka lat temu były koło mnie łąki, pola, stawy i szlakowa droga, świeże powietrze, a teraz wiele stawów zostało zasypanych wraz z pięknymi rybami i teraz stoją tam domy. Znikają pola, łąki, budują się domy, droga jest asfaltowa i tyle tych samochodów, spalin, normalnie boli mnie serce, bo wszędzie stoją tylko tabliczki - sprzedam ziemię. Samochodów się teraz roi i pełno ludzi, których nie znam. Kiedyś się wszyscy w koło znali, a ja teraz nawet nie znam sąsiadów z na przeciwka i tak jak kiedyś twierdziłem, że ja się do miasta i bloków nie nadaję, to teraz się czuję u siebie jak w blokach. Powietrze nie to samo, pełno nieznanych i nowych twarzy, hałas.
Marzy mi się ta stara miejska wieś położona zaledwie 2 km od miasta, ale z innym klimatem, powietrzem i okolicą, którą się szczyciłem i chwaliłem wszystkim tymi łąkami, stawami, powietrzem, przyrodą i okolicami na spacery. Teraz jedynie mogę powiedzieć - tu kiedyś była łąka czy staw, po prostu płakać się chce. Czasem marzę o jakiejś wygranej, aby wykupić piękne te tereny, łąki, aby takie pozostały i wykopać stawy, w których będę miał wiele pięknych ryb i będę mógł sobie pójść połowić - dla przyjemności i pochwalić się zdobyczami, aby je wypuścić, aby mieć to, co kocham. Moje najskrytsze marzenia - zrobić kartę i mieć staw jak kiedyś, z którego żadna ryba nie trafi na patelnie, a będzie cieszyła oko...
Przepraszam, że aż tyle i pewnie w kółko i to samo, ale chciałbym aby to utkwiło w pamięci i tak wiele bym chciał zrobić aby tak było. Pozdrawiam wszystkich i przepraszam za taką litanię, tylko mnie nie zlinczujcie.
Serdecznie pozdrawiam i polecam artykuł.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze