Lipiec nadszedł czas wakacji. Jak co roku pojechałem z bratem do Szwecji do taty. Oczywiście zabrałem ze sobą sprzęt wędkarski. Całymi dniami myślałem o wspólnych wypadach na ryby. Cicho liczyłem, że tata zabierze nas na nockę.
Moje oczekiwania się spełniły dnia 13lipca wybraliśmy się na pierwszą nockę. Ponieważ jezioro jest niedostępne musieliśmy przyjechać o 16:00, aby zająć miejsce. Postanowiliśmy zapolować na lina i sandacza. Każdy miał po jednym zestawie gruntowym. Obwicie zanęciliśmy i i złapaliśmy parę rybek, żeby zrobić filety. Około godziny 20:00 zestawy na sandacza poszły do wody. Do godziny 21:00 brały same płotki, trafił się również leszczyk. Nagle tata ma branie. Przycina i siedzi coś ładnego. Po około 3minutowym holu w podbieraku ląduje ładny lin. Ryba była dosyć gruba, dlatego ważyła około 2kg.
Po obejrzeniu zdobyczy dostrzegłem branie na filet. Odczekałem i zaciołem, niestety pusto. Przez następne 2 godziny nic się nie działo. Postanowiliśmy zebrać drewno i zapalić ognisko.
Rozpalilśmy ognisko i posililiśmy się. Nagle ognisko można powiedzieć, że wybuchło. Wszystkie podejrzenia spadły na mnie i brata. Okazało się, że to jakieś komory w drzewie czy coś takiego.
Gdy się ogrzewaliśmy brat dostrzegł, że bąbka leży na ziemi. Zwinoł luz, ale bąbka znowu poszła w dół. Nagle mocno do góry. Stanowcze przycięcie i siedzi. Ryba ładnie muruje, ale nie ma szans z wędkarzem. Szybki hol i w podbieraku ląduje leszcz około 40cm długości.
Nastąpiła godzina 2:00. Ustały brania. Było tak ciemno, że nie zarzucaliśmy gruntówek, żeby nic nie splątać. Przez te parę godzin siedzenia przy ognisku były 2 brania sandacza. Niestety żadnego nie przycięliśmy.
Rano znowu próbowaliśmy złowić lina. Niestety nic oprócz paru płotek i krąpi nie chciało brać. Zaczęliśmy odczuwać zmęczenie, słońce wzeszło. Postanowiliśmy, że za tydzień powtórka z rozrywki.
Następną nockę przerwał nam deszcz, ale wieczorem trafił się szczupak. Nie zawsze jest po naszej myśli. Takie jest życie. Może następnym razem będzie lepiej.
Komentarze