Nie mogłam już słuchać jak mój mąż marudzi, że chętnie na ryby chciał jechać. W niedziele pojechaliśmy zwiedzić okoliczne zerówki czy są odmarznięte,no i na moje nie szczęście były. Ale za to Artur nie wziął wędek bo w końcu to miała być wycieczka zwiadowcza. Tylko wiadomo z dziećmi jechać to czysta masakra, trzeba uważać żeby do wody nie wpadły, a to marudzą że chcą jeść a zwłaszcza jak się im McDonalda obieca. Więc trzeba było wracać do domu. Wieczorem zadzwonił kolega Jacek i tak podczas rozmowy wyszło, że jak będzie ładna pogoda w poniedziałek to Artur i ja pojedziemy na ryby.
Przyszedł poniedziałek Artur jeszcze dziś miał luz w pracy więc mógł wrócić szybko. Pogoda za oknami prawie wiosenna więc trzeba było spełnić obietnice, wspólnego wędkowania. Tylko co z dziećmi zrobić One przecież nie wytrzymają kilku godzin nad wodą. Ale doszliśmy do wniosku,że od czego są dziadki, a że chcieliśmy jechać nad Wisłę więc do Żor do dziadków po drodze.
Krótkie konsultacje z babcią przez telefon i mogliśmy się pakować. Po dostarczeniu wnuków dziadkom mogliśmy się udać nad wodę po drodze kupił Artur robaki, pozwolenie na wędkowanie. I tak po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. NA szczęście ulubione miejsce męża było wolne więc mogliśmy spokojnie się rozłożyć ze sprzętem. Dla mnie został przygotowany bat, a Artur sobie wziął bolonkę. Teraz już tylko pozostało nam czekać na branie. Już po paru minutach spławik Klepy zaczął dziwnie się zachowywać zwróciłam na to uwagę i powiedziałam Arturowi,żeby popatrzył bo chyba ma branie a On był w tym czasie zajęty przygotowywaniem zanęty, faktycznie coś tam musiało być bo mąż szybko odstawił wiaderko i podbiegł do wędki gdy spławik lekko się zanurzył -zaciął i pudło popatrzyłam na Niego i powiedziałam " aleś to zmaścił". Artur z powrotem zarzucił swój zestaw i podnęcił nasze łowisko i nastała cisza. Nasze spławiki stały jak zaczarowane bez żadnych oznak brania.
Po jakiejś półtora godzinie tej bezczynności mój spławik lekko drgnął zacięłam i wyłowiłam potwora o wymiarach jakieś 4-5cm. I znowu cisza na następne pół godziny. Mężuś znowu podnęcił i nawet nie zauważyłam kiedy Artur wyciągnął pierwszą płoć,od tej chwili brania następowały co jakieś dwie,trzy minuty. W przeciągu 30min płocie brały jak oszalałe na obie wędki i troszkę ich nałapaliśmy. Trafił się też leszczyk 30cm. Mąż tylko był zdenerwowany bo co chwila dzwonił telefon z firmy i nie wiedział czy ma zacinać czy odbierać telefon. A że po mału zaczynało się ściemniać trzeba było się zbierać do powrotu.
I tak minął nam piękny styczniowy dzień. Mam tylko nadzieję , że Arturowi na trochę ta wyprawa starczy. Muszę się przyznać ,że jestem dumna z tego iż to ja złowiłam pierwszą rybę w sezonie 2011 co jest nie w smak mężusiowi oczywiście bo to do niego zawsze należało. Podsumowując całe to zdarzenie uczeń przerósł mistrza.
Komentarze