Reklama

Pierwsze łowienie w tym roku

17/01/2011 23:25
Nie mogłam już słuchać jak mój mąż marudzi, że chętnie na ryby chciał jechać. W niedziele pojechaliśmy zwiedzić okoliczne zerówki czy są odmarznięte,no i na moje nie szczęście były. Ale za to Artur nie wziął wędek bo w końcu to miała być wycieczka zwiadowcza. Tylko wiadomo z dziećmi jechać to czysta masakra, trzeba uważać żeby do wody nie wpadły, a to marudzą że chcą jeść a zwłaszcza jak się im McDonalda obieca. Więc trzeba było wracać do domu. Wieczorem zadzwonił kolega Jacek i tak podczas rozmowy wyszło, że jak będzie ładna pogoda w poniedziałek to Artur i ja pojedziemy na ryby.

Przyszedł poniedziałek Artur jeszcze dziś miał luz w pracy więc mógł wrócić szybko. Pogoda za oknami prawie wiosenna więc trzeba było spełnić obietnice, wspólnego wędkowania. Tylko co z dziećmi zrobić One przecież nie wytrzymają kilku godzin nad wodą. Ale doszliśmy do wniosku,że od czego są dziadki, a że chcieliśmy jechać nad Wisłę więc do Żor do dziadków po drodze.

Krótkie konsultacje z babcią przez telefon i mogliśmy się pakować. Po dostarczeniu wnuków dziadkom mogliśmy się udać nad wodę po drodze kupił Artur robaki, pozwolenie na wędkowanie. I tak po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. NA szczęście ulubione miejsce męża było wolne więc mogliśmy spokojnie się rozłożyć ze sprzętem. Dla mnie został przygotowany bat, a Artur sobie wziął bolonkę. Teraz już tylko pozostało nam czekać na branie. Już po paru minutach spławik Klepy zaczął dziwnie się zachowywać zwróciłam na to uwagę i powiedziałam Arturowi,żeby popatrzył bo chyba ma branie a On był w tym czasie zajęty przygotowywaniem zanęty, faktycznie coś tam musiało być bo mąż szybko odstawił wiaderko i podbiegł do wędki gdy spławik lekko się zanurzył -zaciął i pudło popatrzyłam na Niego i powiedziałam " aleś to zmaścił". Artur z powrotem zarzucił swój zestaw i podnęcił nasze łowisko i nastała cisza. Nasze spławiki stały jak zaczarowane bez żadnych oznak brania.

Po jakiejś półtora godzinie tej bezczynności mój spławik lekko drgnął zacięłam i wyłowiłam potwora o wymiarach jakieś 4-5cm. I znowu cisza na następne pół godziny. Mężuś znowu podnęcił i nawet nie zauważyłam kiedy Artur wyciągnął pierwszą płoć,od tej chwili brania następowały co jakieś dwie,trzy minuty. W przeciągu 30min płocie brały jak oszalałe na obie wędki i troszkę ich nałapaliśmy. Trafił się też leszczyk 30cm. Mąż tylko był zdenerwowany bo co chwila dzwonił telefon z firmy i nie wiedział czy ma zacinać czy odbierać telefon. A że po mału zaczynało się ściemniać trzeba było się zbierać do powrotu.

I tak minął nam piękny styczniowy dzień. Mam tylko nadzieję , że Arturowi na trochę ta wyprawa starczy. Muszę się przyznać ,że jestem dumna z tego iż to ja złowiłam pierwszą rybę w sezonie 2011 co jest nie w smak mężusiowi oczywiście bo to do niego zawsze należało. Podsumowując całe to zdarzenie uczeń przerósł mistrza.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama