Reklama

Pierwsze w tym roku męskie połowy

08/05/2013 08:09

Majówka za nami. Wielu z nas ma już za sobą pierwsze tegoroczne zastrzyki adrenaliny, pierwsze zerwane zestawy, nieudane holowania, efektowne lądowania ryby na plaży. Ja i owszem, również. Po nieudanym poprzednim weekendzie, kiedy Wisła zalała łąki i o łowieniu nie było mowy, niecierpliwie oczekiwałem dłuższej przerwy od pracy zawodowej, co jest u mnie jednoznaczne ze spędzeniem kilku dni na brzegu Wisły. Nastał utęskniony piątek 26.04. Zrywka z pracy pół godziny przed końcem, autostradą 30 minut, 15 minut przez lasy i już przerzucam sprzęt ze stodoły do samochodu. Spieszę się jakbym miał ostatnią godzinę w życiu na wędkowanie, a przede mną 9 wieczorów z wędką pod rząd! Do roboty wracam dopiero 6 maja. Żyć nie umierać. Ale ja pędzę. Łapię kanapki w locie i po chwili jestem na brzegu z pełnym ekwipunkiem. Gdzie jechać, które miejsce wybrać? Na moje oko mam ze trzy pyszne miejscóweczki. Życie pokazało, że nie jest jednak tak różowo, jak mi się wydaje. Jadę brzegiem, mijam zeszłoroczne dwa fajne miejsca. Muszę jechać dalej, w tym roku to płycizna. Jakieś 200 metrów poniżej zaczyna się teren który mnie interesuje. Pierwsze z miejsc to łowisko które przygotowałem sobie zeszłej jesieni na tegoroczne wiosenne miętusy. Wynikiem już się chwaliłem – 10 zasiadek, miętusów 0. Chcę poszukać dalej, choć to miejsce jak najbardziej spełnia moje sumowo węgorzowe kryteria. Pragnę odmiany, ale…. Woda zeszła z łąk w środę, jest piątek, a ja za późno skojarzyłem fakty. Droga choć wyglądała przyjaźnie, nagle złośliwie postanowiła mnie zatrzymać, materializując pod kołami auta mega błoto ukryte pod trawą. Ja z naiwnością dałem się jej podpuścić. Następną godzinę walczyłem w łopatą, którą przezornie zabrałem razem z wędkami. Wiązki łaciny jakie wypuszczałem z siebie przestraszyłyby nawet tygrysy, gdyby te żyły w naszym klimacie. Po dobrych 60 minutach wiosłowania szpadlem w błocie udało mi się uwolnić sprzęt, znaczy samochód ze sprzętem w środku. Wściekły, odpuściłem poszukiwania nowego łowiska i zostałem na miętusowym miejscu. Pogoda piękna, w zasadzie książkowa, by ryby same na brzeg wyskakiwały. Trochę tylko mierzi mnie fakt, że nie dostałem tu żadnego miętowego. Ale miętowy, a sum i węgorz to trochę inna bajka, jeśli chodzi o upodobania lokalowe, więc zaczynam jakby od nowa. I zacząłem z przytupem. Po jakichś dwóch godzinach i podkarmieniu całego stada drobnicy pysznymi rosówkami, widzę i słyszę pierwsze w tym sezonie, porządne, męskie branie. Udając sam przed sobą stoicki spokój dociągam ostatnie dwa machy papierosa, gaszę i powoli zmierzam do wędki. W tym momencie branie się powtarza, jeszcze mocniejsze. Ha! Mam cię bestio! Nie dały ci rosóweczki spokoju. Zacinam. Siedzi. Niezły jest, troszkę ucieka, ale finalnie ląduje na brzegu bez większego oporu. Znaczy opór może był, ale na pancernej wędce nie specjalnie go poczułem. I właśnie dopiero w tej chwili zaczął się dla mnie sezon. Pan Sum, proszę poznajcie. 45 cm, w granicach 1,2 kg. Zabieram mu robaki, bo jeszcze całkiem smakowite, szybka fota telefonem i do wody, niech zawoła babcię. Do wieczora nic już się nie dzieje, zmykam dość wcześnie, jeszcze przed 22:00, wstałem dziś o 4:30 rano. Muszę pospać.
Sobota, niedziela – już nie tak ciepło, powietrze raczej rześkie, słonecznie. Wieczorami nic nie bierze, rano i po południu drobnica. Krążę po brzegu, jest już przejezdny na interesującym mnie dwukilometrowym odcinku. Sprawdzam gdzie nurt, gdzie dziura, gdzie płycizna, jak sprawa z zaczepami. Zarzucę sobie wędkę to tu, za chwilę podjadę dalej, później posiedzę pół godzinki jeszcze gdzie indziej. Piwko na brzegu smakuje w każdym miejscu równie dobrze, a ja namierzam „moje tegoroczne miejsce”. Przy okazji trochę płotek, okonków i krąpi, bez rekordów. Poniedziałek zimno, z 10-12 stopni, wiatr, pochmurno, bez deszczu. Zero brań, nawet drobnicy. Nadal penetruję brzeg w poszukiwaniu tego jedynego. We wtorek wciąż zimno, ale na środę zapowiadają ocieplenie. Wieczorem jest to już odczuwalne, wiatr choć dalej dokucza, to wyraźnie zmienił kierunek. Na ten „dobry”. Siedzę na potencjalnym nowym ulubionym. To znaczy nowym na wieczorne zasiadki, bo to jest to miejsce, gdzie Mistrz pokazał mi kiedyś, jak się łapie przedpołudniowe klenie. Teraz warunki się zmieniły i wygląda na fajne sumowe siedlisko. Siedzę tu od godziny, jest około 19:00. Branie! Wędka wygięta, dzwonek dzwoni. Zacinam, holuję. Dupa, nic nie ma. Ciągnę sam ciężarek. Dopiero przy samym brzegu ciężarek stawia opór i odpływa w prawo. Chwila gimnastyki i na brzegu ląduje… 45 cm brzana! Druga w życiu. Pięknie. Buziak, czułe słówko i do wody. Czyń swoją powinność dla przetrwania gatunku koleżanko.
W środę zjechał Śpiewak ze znajomą ekipą. Wędkowanie zamieniamy na pijaństwo. Oczywiście nad Wisłą. Ale nie zabieram ich na moje nowe miejsca. Szkoda płoszyć, szkoda robić tam hałas. Znajdujemy polankę pod grilla i zgrzewkę. Wieczór wiadomo jak się kończy.
Czwartek nic, nie biorą, te większe znaczy się. Bo drobnica jakoś kąsała. W piątek wieczorem znowu książkowa pogoda. Późnym popołudniem ruszam nad Wisłę. Dziś mam namierzone kolejne miejsce do sprawdzenia, ale już z daleka widzę, że dziś ktoś inny je testuje. Cholera by to. Jadąc brzegiem zaczynam kląć. Wpiździec! Dzicz, na mapie ciężko wioskę znaleźć, od drogi daleko, od miasta daleko, beznadziejny dojazd. A tu okazuje się, że jestem piąty na brzegu!!! No masakra. Skąd w ogóle znają to odludzie? Trudno. Pierwsi dwaj stoją w gównianych miejscach, trzeci to Gaduła – sam po cichu przyjechał. I jeszcze rozłożył się na mojej upatrzonej miejscówce. A to łobuz. Zabieram mu za karę pudełko rosówek. Czwarty jakiś kolo na motocyklu, też stoi w niezłym miejscu. Brudas zostawił później siatkę ze śmieciami! Jadę kawałek dalej. Hmmmm. Ładnie. I woda ładnie kręci, czuję głębię gdzieś w pobliżu. I drzewko ładne i miejsce na samochód jest i zejście wygodne i wszystko jakoś tak na mnie czeka. Rozkładam sprzęt, otwieram puszkę. Do 20:30 cisza. Drobne skubnięcia, trochę poobjadanych robaków. Wyciągam wędki z wody, zmieniam robaki. Zarzucam pierwszy zestaw, zakładam robaki na drugim. Dzwonek. Pewnie jeszcze nie stanął ciężarek z pierwszej wędki na dnie, ciągnie i trochę dzwoni. Nawet nie spojrzałem na nią zajęty nakłuwaniem rosówek na drugi hak. Znowu dzwonek i tym razem nie przestaje dzwonić do chwili, kiedy pod moimi nogami nie ląduje prawie wymiarowy węgorz! Może nawet i miał te 50 cm, ale chudzina taka, sznuróweczka drobna, makaronik. Trochę walki z odpięciem, śluz na rękach, wąż wokół nadgarstka. Wybaczcie brak zdjęcia, ale żywemu węgorzowi, ubabranymi od śluzu rękami, foty telefonem nie strzelę. Ryba do wody, ja jeszcze dwa browarki i też do domu. Jestem szczęśliwy. Ostatni dzień na wędkowanie - sobota. Pogoda super, taka ma być. Cały dzień kręcę się po podwórku, coś tam skubnę, kopnę, przesadzę, nakarmię. I nareszcie wieczór. Dotychczasowe wyniki powinny odrobinę zaspokoić mój głód wędkowania. Ale tu się dzieje na odwrót. Z każdą złapana rybą chęć łowienia staje się coraz trudniejsza do opanowania. Siadam w tym samym miejscu co wczoraj. Nie dość, że sympatyczne, to jeszcze łowne. Bo i tego wieczora zapiął się pięknie węgorz! Około 20:00, chwilę wcześniej może. Tym razem jeszcze mniejszy, na pewno niewymiarowy, jakieś 35-40 cm. Chudzinka, bidulka taka. Pogłaskałem, pouczyłem i do wody. Mi tam jest dobrze. Drugi węgorz, wcześniej brzana i sum. Majówka udana, bez dwóch zdań. A co najważniejsze – mam miejsce na ten sezon. Przynajmniej wyjściowe, że się tak wyrażę. Bo kuszą jeszcze dwa powyżej. Poza tym jak woda trochę opadnie, to sytuacja nabierze rumieńców, pojawią się główki, a w raz z nimi kolejne możliwości. Wisło - opadaj!
Mam w głowie jeszcze jedno zdanie Mistrza sprzed roku. Martwił się, ze nikt nie łapie w okolicy małych węgorzy. Dziwne zmartwienie, pomyślałem, ale ciąg dalszy wypowiedzi rozjaśnił mi w głowie. Mistrz stwierdził, że widocznie małe nie docierają już do nas, że masowo giną po drodze w swojej życiowej wędrówce. Łącząc to z faktem, iż węgorz jest bardzo rzadką zdobyczą na Wiśle, uznał, że jego populacja w drastycznym stopniu się zmniejsza. Niech więc te dwa moje maluchy będą znakiem, że może nie jest tak źle, a Śliski będzie coraz częstszym gościem na naszych wodach.

Ch...ra, o majówce miało być tylko tytułem wstępu, a tu znowu się rozpisałem. Chyba nie potrafię pisać zwięźle. Trudno. Wrzucam więc to jako relację z majówki, a poważniejszymi tematami zajmę się za chwilę. Tutaj tylko zaakcentowałem sprawę miejsca i pogody. Rozwinę to w kolejnych tekstach.
[/p]

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama