Reklama

Pierwszomajowa mamuśka

25/03/2013 11:52

Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć co to za data – 1 maja, i nie chodzi mi o święto pracy.
To ważny dzień dla wędkarzy spinningowych. Łowcy szczupaków i ci chorzy na "boleniozę" czekają na ten dzień jak dzieci na pierwszą gwiazdkę.
Dla mnie jest to tradycja niczym niegdyś dla innych udział w pochodzie pierwszomajowym.
Każdy łowca szczupaków i boleni rzuca tego dnia wszystko i jedzie na ryby.
Ja również zaliczam się do nich i co roku melduję się tego dnia ze spinningiem nad wodą, nie ważne gdzie, ważne że jestem na rybach.
Tego pamiętnego 1-go maja spędziłem na zawodach karpiowych – tak, tak, to nie pomyłka – ale będę pisał o szczupakach a nie o karpiach. Zawody karpiowe to była tylko przykrywka, tak naprawdę pojechałem do Patryka – mojego bratanka, który brał w nich udział, żeby dotrzymać mu towarzystwa i poznać nowe łowisko.
Wiedziałem, że są tam duże szczupaki więc zabrałem spinningi i kilka pudełek z przynętami na kaczodzioby.
Na miejsce dotarłem już 30 kwietnia wieczorem, aby rozejrzeć się po okolicy i nazajutrz łowić z samego rana nie marnując czasu na podróż.
Nadszedł ten dzień. Pobudka, śniadanko i ruszam na ryby. Do dyspozycji nie miałem całego jeziora, ponieważ karpiarze mieli postawione zestawy na "prosiaki". Kawałek wolnej wody jednak znalazłem i wyglądało to całkiem obiecująco. Na początek wybrałem duży pomost na zachodnim brzegu jeziora. W okolicznych trzcinowiskach z pewnością czai się nie jeden szczupak - pomyślałem. Pogoda była słoneczna, lekki wiaterek poruszał taflę wody. W oddali słychać było głosy licznie zgromadzonych miłośników karpi. Nie widać było ani spławów drobnicy ani ataków drapieżników ale to mnie nie zniechęcało, najważniejsze że byłem na rybach i kontemplowałem piękne okoliczności przyrody.
Z tego pomostu udało mi się wydłubać jednego szczupaka - skusił się na wahadło o nazwie "karaś". Był już odpasiony, w bardzo dobrej kondycji i w takiej samej trafił z powrotem do wody. Potem wróciłem na stanowisko Patryka aby pomóc mu pakować "majdan" bo zmieniał miejscówkę i następną noc mieliśmy spędzić w innym zakątku tegoż jeziora. Trochę byłem przerażony ilością sprzętu. Tony zanęty, przynęty, łóżka, materace i wszystkie gadżety karpiowe. Po trzech godzinach noszenia, przewożenia łódką byliśmy w nowym miejscu a ja byłem zajechany jak pielgrzyma stopy. Ale miałem wygodne łóżko karpiowe i dach nad głową.
Poznałem w tym czasie kilku sympatycznych karpiarzy, którzy również postanowili się przetasować i pływając łódkami i pontonami połączonymi w istne wodne karawany z dobytkiem zmieniali stanowiska przygotowując miejscówki na następne dni.
Tego dnia zawody zostały oficjalnie zakończone – nagrody rozdane, dzik zjedzony a złowione karpie w doskonałej kondycji pływały nadal w jeziorze. Patryk zajął trzecie miejsce.
Myślałem, że zrobi się luźniej bo niektórzy pojadą do domu ale oni tylko zmienili stanowiska i łowili dalej. Mają podobną chorobę i walczą do końca. Było dosyć ciasno ale i dla mnie zostało trochę miejsca. Jest to łowisko karpiowe i szanując ich zasady musiałem się dostosować gdyż byłem tam gościem. Na moje szczęście pogoda mi sprzyjała, zaczęło mocno wiać i zmieniła się z karpiowej na szczupakową. Wiatr skutecznie komplikował wywożenie zestawów karpiowych, zrozumiałem że to jest czas dla mnie i ruszyłem na spotkanie z zębaczami.
Bez zastanowienia wybrałem nawietrzną zatokę, bo jak wiadomo wiosną brzeg nawietrzny i nasłoneczniony będzie najlepszy z najcieplejszą wodą. To tam będzie drobnica a za nią podążają interesujące mnie drapieżniki. Słońce tam było najdłużej, woda się mieszała poruszana wiatrem, brakowało tam tylko mnie...
Postanowiłem więc urozmaicić menu szczupaka moimi przynętami. Wszedłem na pomost – o dziwo przez drzwi – i rozpocząłem majowe kuszenie szczupaka.
Było dość płytko a w wodzie było aż gęsto od kikutów trzcin puszczających zielone listki. Zacząłem od pływającego łamanego woblera do złudzenia przypominającego małego szczupaczka. Jak się potem okazało kanibali tam nie brakowało. Pierwsze branie miałem w drugim albo trzecim rzucie, nie były to mocne uderzenia, raczej przytrzymania, ale podczas holu szczupaki dostawały szału i na tej płytkiej wodzie skakały i jeździły na ogonach, zabawa była przednia. W ciągu niespełna czterdziestu minut złowiłem chyba sześć szczupaków, wszystkie na łamańca. Żaden z nich nie miał mniej niż sześćdziesiąt centymetrów. Próbowałem popperów, gum i wahadeł ale tego dnia szczupaki nie reagowały na te przynęty, poza tym porannym miłośnikiem wahadłówki.
Jak widać na zdjęciach kilka z nich złowiłem na odpiętej agrafce, również ten ostatni musiał być wyjęty w ten sposób. Widocznie ich tańce na ogonach spowodowały wypięcie się agrafki przy woblerze. Dopiero po jakimś czasie oglądając zdjęcia zauważyłem ten fakt. Na szczęście żaden nie odpłynął w siną dal z małym łamańcem w gębie. Zaskoczony aktywnością zębaczy i będąc w euforii nie zwróciłem na to uwagi.
Wszystkim szczupakom złowionym tego pamiętnego dnia 1-go maja wolność została zwrócona i mam nadzieję że nadal rosną a moja "mamuśka" może mieć już około metra.
Jest to bowiem jezioro którym opiekują się ludzie z wielką pasją i bronią rybostanu przed mięsiarzami i kłusownikami a wszystkie złowione ryby zostają wypuszczane.
Nie należę do bezwzględnych wyznawców zasady C&R ale polecam wypuszczać duże ryby, widok odpływającej ryby - bezcenny. Mamy ponadto szansę ponownego spotkania z jeszcze silniejszym przeciwnikiem.
Duże szczupaki to wyłącznie samice, pieszczotliwie nazywane "mamuśkami", a ich mięso jest niesmaczne. Dajmy im więc szansę na przedłużenie gatunku a sobie możliwość łowienia metrówek – tego Wam i sobie życzę.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama