No i nastał w końcu ten „magiczny dzień” , długo wyczekiwany przez cały rok – dzień pierwszego wyjazdu na rybki i jednocześnie dla mnie, oficjalne otwarcie sezonu wędkarskiego w roku 2011. Pogoda jest piękna od kilku dni, ciśnienie jest stabilne i świeci piękne słońce, temperatura od kilku dni utrzymuje się w granicach 20 stopni, a nawet więcej, więc mogło oznaczać to tylko jedno. Wiedziałem, że nadchodzi ten magiczny dzień i w końcu uda się zaplanować wypad na rybki, nie mogłem się już tego doczekać. Długo nie trzeba było czekać . W dniu 26 kwietnia - dzwoni do mnie kolega i proponuje wspólny wypad na rybki – oczywiście nie odmawiam, odpowiadam z pełnym entuzjazmem – Yes, yes, yes!!!
Od razu udaję się do pokoju z moim sprzętem wędkarskim i zaczynam od odkurzenia zestawów, które zalegały tam przez całą zimę w szafie. Wyciągam pokrowiec z wędkami, skrzynkę wędkarską z żyłkami, ciężarkami itd., itp. i zaczynam szykować wędeczki. Będziemy łowili nad rzeką, więc wyciągam dwie wędki oraz dwa kołowrotki przystosowane do połowu z gruntu. Do tego zestawu szykuje koszyki z dość dużym obciążeniem (100g) gdyż zamierzamy łowić na rzece gdzie jest dość spory nurt, szczególnie o tej porze roku gdy stan wody jest dość wysoki. Miejscem, na które zamierzamy się wybrać wspólnie z kolegą jest rzeka Narew w miejscowości Orzechowo. Nigdy tam nie łowiłem, tym bardziej wyjazd ten stawał się dla mnie bardziej intrygujący i ekscytujący, gdyż nowe miejsca do połowu ryb zawsze napawają mnie wielkim optymizmem i motywują do tego, że uda mi się złowić w końcu „rybę życia”.
Po przyszykowaniu sprzętu, nie mogę się już doczekać następnego dnia, kiedy znajdę się już nad rzeką. Dnia 27 kwietnia, gdy wybija godzina 12, pakuję sprzęt do samochodu i udaję się do sklepu wędkarskiego gdzie zakupuję przynętę wędkarską oraz białe robaczki. Następnie udaje się na Dębe skąd zabieram kolegę i udajemy się do miejscowości Orzechowo. Po nie długim czasie znajdujemy się w końcu nad rzeką, obładowani sprzętem i całym ekwipunkiem niezbędnym do połowu ryb. Pogoda jest piękna – 23 stopnie w cieniu, a na słońcu nie da się wysiedzieć - suuuper – miałem nadzieję, że to wszystko będzie nam nie tylko sprzyjać w opalaniu, ale przyczyni się również do tego, że uda nam się złowić coś ładnego i wyjazd będzie w 100 procentach udany. Po wybraniu odpowiedniej miejscówki, nie czekamy już dłużej i zabieramy się do rozwijania sprzętu i uzbrajania swoich zestawów. Ja w miedzy czasie zająłem się szykowaniem zanęty, której składu nie będę zdradzał (P.S – wielka tajemnica każdego wędkarza, która niejednokrotnie może świadczyć o sukcesie w połowie ryb).
Oczywiście nastawiamy się na połów jednego gatunku, naszym celem na dzisiejszej wyprawie są w szczególności leszcze. Po upływie 15-20 minut zestawy wędrują do wody, na początku próbujemy swoich sił nie daleko od brzegu – zestawy kładziemy jakieś 20 do 30 m od brzegu, gdyż dalej nurt jest już bardzo wartki o czym świadczyć może wysoki stan wody. Trafiliśmy naprawdę na fajną miejscówkę, na tej odległości na której znajdują się nasze zestawy woda spowalnia swój bieg i ma tendencję cofania się w stosunku do nurtu – praktycznie jest wodą stojąco lub bardzo „leniwie” płynącą. Nie myliliśmy się.
Na pierwsze branie nie trzeba było długo czekać – na wędce u kolegi odzywa się po raz pierwszy piękny dźwięk dzwoneczka, którego każdy z nas nie mógł się doczekać – i jest, melduje się pierwszy leszczyk. Po krótkiej walce z rybką, która ląduje w końcu w podbieraku, a później na wadze. Po dokładnych pomiarach jej waga wynosi jakiś 1 kg i 40 cm długości. Po upływie godziny kolega ponownie ma 2-3 brania, oczywiście były to leszczyki o podobnych wymiarach i wadze jak ten pierwszy. U mnie na wędkach cisza, tylko delikatne skubnięcia i delikatne dzwonienie dzwonka! Zastanawiałem się dlaczego tak jest zestawy na tej samej odległości, ten sam rozmiar żyłki, ten sam rozmiar haczyka i ta sama przynęta i zanęta – to wszystko już później zależy chyba tylko od szczęścia, tak mi się bynajmniej wydaje.
Jednak około godziny 14.30 i ja w końcu mam pierwsze branie – odzywa się mój zestaw – bardzo energicznie i mocno zaczęła wyginać się szczytówka i dzwoneczek też wydobywał z siebie odpowiedni dźwięk. Zrywam się z krzesełka chwytam za kij – myślę sobie: ”… jest w końcu i ja mam troszkę szczęścia” . Gdy zacząłem zwijać zestaw i holować rybę, poczułem od razu, że udało mi się złowić coś większego. Ryba zaczęła walkę, czułem jej wielki opór, wędka zaczęła się mocno wyginać, bałem się tylko jednego – żebym tylko jej nie stracił, żeby mi się tylko nie zerwała. W pewnym momencie gdy zestaw znajdował się jakieś 10-15 metrów od brzegu – zobaczyłem pierwszy raz rybkę – był to leszczyk dość okazałych wymiarów i pięknym ciemno brunatnym kolorze (zdjęcie poniżej). Po walce która trwała jakieś 10-15 minut – leszczyk ląduje w podbieraku, a później oczywiście na wadze – waga wskazuje 2,2 kg! Uznałem tą rybkę za piękne rozpoczęcie nowego sezonu wędkarskie 2011, który jak co roku przynosi nowe doświadczenia i niespodzianki! Po tym braniu kolega złowił jeszcze jedną sztukę, która również miała jakiś 1 kilogram i później spięła mu się sztuka nie wiem czy nie większa od tej którą udało mi się złapać. Brania mieliśmy gdzieś tak do godziny 17.30, a później nagle wszystko ucichło. Ale i tak uważam, ten nasz pierwszy wyjazd za bardzo udany. W sumie złowiliśmy jakieś 7 kg ryby!!! Oby tak dalej…….
Komentarze