Reklama

Pierwszy letni wypad

24/06/2012 22:11
Ponad półtora miesięczna przerwa w wyjazdach nad jezioro sprawiła, że z wielką niecierpliwością czekałem dnia, tego letniego, czerwcowego weekendu. Pewne przyjemne sprawy rodzinne ograniczyły jednak czas wypadu do sobotniego południa, co w żaden sposób nie umniejszyło radości towarzyszącej wyjazdowi. Plan jest prosty. Jak najszybciej przemieścić się nad jezioro, sprawdzić warunki wędkowania, przygotować sprzęt i udać się na upatrzoną miejscówkę z zamiarem zaliczenia chociaż części nocki. Następnego dnia zamierzam trochę pospinningować. Pierwsze kroki po przyjeździe na miejsce poświęcam krótkiej ocenie warunków. Po krótkim rozpoznaniu dowiaduję się, że następnego dnia odbywają się zawody jednego z kół, więc cały brzeg od strony polany jest po raz kolejny zajęty. Po dotarciu kolegi decyzja jest krótka. Popłyniemy na pomost na drugi brzeg w rejon szerokiego pasa trzcin. Ładujemy tonę sprzętu na katamaran i po kilkunastu minutach jesteśmy na wybranym stanowisku. Gruntówki postanawiamy położyć po bokach wzdłuż pasów trzcin, natomiast spławikówki na wprost pomostu w odległości kilkunastu metrów. Do zanęty karpiowej Trapera dodaję trochę pelletu, glinki wiążącej, białych robaków i pinki. Delikatnie nęcimy i po kilkunastu minutach u Kolegi następuje zdecydowane przemieszczenie spławika do prawej. Zacięcie następuje chwilę po zniknięciu spławika. Takich brań mamy do wieczora sporo, ale biorą tylko krąpiki. Są przy tym tak łapczywe, że pomimo szybkiej reakcji połykają przynętę głęboko, nawet jeżeli na haczykach zapinamy znacznych rozmiarów kukurydzę. Taka zabawa trwa dobre dwie godziny do zmroku. Zakładamy świetliki. Około dziesiątej wieczorem pojawia się mgiełka, a wraz z nią lekkie ochłodzenie i rosa pokrywająca cały sprzęt. Zaczynają się też kolejne brania. Tym razem pierwsze branie sygnalizowane jest lekkim przytopieniem spławika i w następnej chwili tak charakterystyczną wystawką. W łowisko wchodzą leszczyki. Oczywiście pierwsze dwa , bez jakichkolwiek uzgodnień zapina współtowarzysz wyprawy, za chwilę holuje kolejnego, a u mnie cisza. Po krótkiej chwili wystawka jest na mojej odległościówce i w podbieraku ląduje leszczyk. Po kilkunastu minutach jest kolejne branie ale jakże odmienne od poprzednich. Odjazd, przytopienie, czyżby w końcu coś większego. Zaraz po zacięciu odczuwam silne, krótkie szarpnięcia, tak charakterystyczne dla wiosennego połowu karasi. Kolejna godzina mija jednak bez brań. Spoglądamy na zegarki, jest dobrze po północy. Wędkarski głód został zaspokojony. Pomimo późnej pory po dotarciu do przystani, rozpalamy grilla upajając się ciszą ciepłej, letniej nocy i smacznymi kiełbaskami okraszonymi dobrze schłodzonym złocistym napojem.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama