Reklama

Pierwszy raz w Polsce

06/08/2012 02:56
Lipiec. W końcu urlop w Polsce. A wiadomo, że wraz z nim sporo spotkań z rodziną i znajomymi. Początkowo nawet nie pomyślałem o wędkowaniu. Za dużo przeszkód, a że nie mam sprzętu, żadnych uprawnień i zero znajomości naszych realiów. No trochę żal dwóch miesięcy bez rybobrania. Ale jak to bywa już w pierwszym tygodniu przekonałem się, że strach ma wielkie oczy. Okazało się, że sprzęt jest, ma go mój brat a właściwie jego córa. Pooglądałem, no taki cieniutki ale przecież to nie Gabon. Potem dowiaduję się, że są w kraju łowiska prywatne, na których nie trzeba żadnych uprawnień. Zaraz szukam w necie i powstaje szybka decyzja: trzeba spróbować!

Jadę na łowisko „Okoń” pod Warszawą. Kupuję robaki i kukurydzę i uzupełniam trochę sprzętu, zwłaszcza haczyki i ciężarki. Oczywiście łowię na grunta i spławik. Wszystko mi się plącze, bardzo delikatne zestawy. W końcu zarzucam. Spławik coś gryzie, zacinam, nic. Ale zaraz mam branie na grunta (wędka do spina 1,80 i żyłka 0,20). Nie muszę zacinać, najmilszy dźwięk jaki może usłyszeć wędkarz – bzzzzzyzzzzt - żyłka wciąż wychodzi. Troszkę dokręcam hamulec, malutko, bo taka żyłeczka cieniutka a ryba dalej swoje, poszła w szuwarki. Chwila bezruchu, myślę podciągnę, tylko spróbowałem a one szarpnęła i odchodzi. Już ¾ żyłki wyciągnęła, no nie, trzeba dokręcić. Jak pomyślałem tak i zrobiłem, i po kilku sekundach strzał i oczywiście żyłka pękła. Nie zrażony, w myślach zrzucam winę na sprzęt, montuję nowy zestaw z trochę mocniejszym przyponem. Nie mija 10 minut i jest branie, zacinam i coś siedzi. Myślę tylko bez paniki, spokojnie, trochę podkręcam hamulec, zaczynam pompować. Nawet dobrze idzie. I za chwilkę niedaleko pomostu pajta się piękny karp. Biorę podbierak, wsuwam pod rybę a ona ciach, machnęła ogonem i… uwolniła się zrywając żyłkę. Myślę, że to wina sprzętu. Może i trochę tak ale chyba przede wszystkim brak umiejętności i doświadczenia. 2:0 dla ryb. Wracam do domu i pierwsza sprawa zakupuję plecionkę 0,19 i tak podrasowuję sprzęcik, dwie nie moje wędki.
Niedługo potem, nad jeziorem Mokrym na Mazurach, mam okazję na nowo powędkować. Specjalnie wydzielony pomost dla turystów, można bez pozwoleń (tylko goście ośrodka). Na szczęście nie jestem sam, wujek znajomej bierze mnie pod opiekę (doświadczony wędkarz) i zdradza kilka sekretów na rybki w Polsce. Nauka nie idzie w las. W ciągu kilku godzin mam ok. 20 okonków i jednego szczupaczka. Pełna radość, oczywiście wszystkie „okazy” lądują z powrotem w wodzie. Największy okonek miał 25 cm, nawet nieźle jak na początek. Miałem też chwilę nieukrywanej dumy, wędkarze obok nic a ja w ciągu 10 minut 3 okonki. Ma się rozumieć, że to zasługa wujka i jego metod ;)
Po kilku dniach znowu wybrałem się na „Okonia”. Z samego rana, z domu wyruszyłem o 5. Na miejscu rozstawiam sprzęt na grunta a w międzyczasie trochę spinuję, na okonki. Łapią się jeden po drugim, takie ledwo pod wymiar ale zawsze coś. W pewnym momencie, w sumie po około 20 minutach branie na gruntową kanapkę z kukurydzy i czerwonych robaków. Podciągam, teraz już spokojnie, na szczęście i ryba nie za wielka, mając plecionkę na kiju podkręcam hamulec i bez problemu wyholowuję karpia 2,7 kg. Tym razem trafia do siatki, na obiad. Jeszcze miałem branie ładnego 25 cm karasia ale tego wypuszczam, niech cieszy się wolnością. Sporo radości i bardzo miłej zabawy. I refleksja, że mimo iż wędkowanie w Polsce jest ciut inne niż w Gabonie daje dużo satysfakcji, zwłaszcza jak się przechytrzy rybę. I co ważne, w Polsce sprzęt jest duuużo tańszy niż u mnie w Gabonie, więc sporo kasy poszło na uzupełnienia ;)
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama