Reklama

Pierwszy sandacz 2012

07/06/2012 17:04
Sezon sandaczowy za pasem, natłok obowiązków oraz bardzo niski stan rzeki Warty nie pozwolił mi wcześniej uderzyć na upragnione sandacze. Jednakże zbliżający się długi weekend stanowił nieodparta pokusę zmierzenia się z tym jakże wymagającym rywalem. Zawsze chciałem sprawdzić opowieści o bytyńskich sandaczach, więc kilka dni wcześniej wykonałem telefon do kumpla z Poznania, który bez zawahania potwierdził gotowość do wyjazdu. Po kilku dniach oczekiwania nadszedł wreszcie 07.06.2012r, oczywiście nocka nie przespana, emocje zawsze przed taką wyprawą biorą górę. Godz. 4 rano pobudka, szybka toaleta, kawa i już siedzę w samochodzie.

Jeszcze tylko 30 minut drogi i jestem nad Jez. Bytyń. Co prawda przystań z łódkami i sprzedażą zezwoleń otwierają o 6.00 ale z opowieści kumpla wynikało, że w związku z dużym zainteresowaniem jeziorem ze strony wędkarzy łódkę trzeba przypilnować wcześniej i możliwie jak najszybciej zapakować do niej sprzęt. O godz. 5.30 cały sprzęt w łódce już rozlokowany, pozostaje tylko poczekać na właściciela i do boju. Godz. 6.00 wszystkie łódki zajęte, właściciel przystani rozładowuje kolejkę wypisując zezwolenia i rozdawając ekwipunek. Po kwadransie wszystkie łódki wraz z obsadami wystartowały. Oczywiście nie musze dodawać, że brak silnika oraz echosondy nas nie zraził.

Po przepłynięciu kilku dziesięciu metrów z tyłu łódki kumpel zarzuca woblera, taki pseudo troling. Po kolejnych kilku dziesięciu metrach kumpel krzyczy, że branie i zacina gruntówkę wyrozumiałego wędkarza łowiącego z brzegu, przymusowy postój w celu rozplatania splatanych zestawów i płyniemy dalej. Po około 20 minutach dopływamy do pierwszej miejscówki w okolicach najbliższej wyspy. Kilkadziesiąt rzutów i płyniemy trochę dalej. Kolejna miejscówka przynosi efekt po którymś rzucie czuje delikatne branie, zacinka i jest siedzi. Miarówka równy kilogram 51cm. Jeszcze kilkadziesiąt rzutów w tym miejscu i płyniemy dalej.

Po jakiejś godzinie czuje skubnięcie, zacinka, niestety pusta, po ogonku. Kumpel w tym miejscu zacina okonia i na tym w sumie kończą się nasze zdobycze. Niestety brak wiedzy na temat jeziora oraz zmienna pogoda nie jest sprzymierzeńcem. Po kolejnych kilku godzinach pływania i biczowania wody spływamy do przystani około godz. 12.00. Chociaż ryb nie było zbyt wiele to wyprawę i tak zaliczam do udanych i podejrzewam, ze jeszcze wrócę nad to jezioro. Pozdrawiam.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama