Witam jest to mój pierwszy wpis tego rodzaju, więc wypadałoby sie przedstawić: Nazywam się Czarek, mam 15 lat i jestem z Łodzi. W tym artykule pragnę opisać czwartkowy wypad nad staw przy ul. Przędzalnianej który trwał od 4.10. do 12.00. i w którym to towarzyszył mi kolega Bream97(na wedkuje.pl).
Pobudka o 3.45. Dzwonie do Kuby(Kol. Bream97) o co mnie wcześniej poprosił, gdyż był niewyspany po mazurskich nockach i mógł nie wstać ;).Po rozmowie obaj jesteśmy na nogach. Spakowałem wszystko co było na liście zadań(zawsze taką sobie robię), obudziłem mojego tatę i napisałem sms do Kuby że za 5 minut będziemy pod jego domem. Podjechaliśmy, Kolega był już gotowy i czekał na nas. Krótka wymiana zdań:Cześć;Cześć;Jak się spało?;Dobrze;No to wsiadaj do auta;Ok. I wyruszyliśmy.
Podczas jazdy zaczynało kropić. Gdy dojechaliśmy na miejsce, "deszcz" nie ustępował. Odczekaliśmy chwilę w aucie i postanowiliśmy wyruszyć. Na całe szczęscie, nie były to chmury burzowe i w spokoju, w małym deszczu zaczeliśmy się rozkładać. Wyjazd raczej był spontaniczny, bo nie braliśmy ze sobą dużej ilości zanęt i atraktorów, posłużyliśmy się ziemią z kretowiska i jokersem oraz połączeniem 250-gramów Zanęty Stila, na płoć oraz Lorenca, także na płoć+oczywiście pinka, pęczak(nie hartowany) i kukurydza. Kuba rozpoczął gruntowanie łowiska, a ja zająłem się przygotowaniem nęcenia.
Około 4.40 baty i gruntówki były gotowe do użycia. Z nimi usiedliśmy obok siebie, po prawej, natomiast federki ustawiliśmy po lewej stronie, aby nie przeszkadzały nam w łowieniu. Kuba zarzucił na włos z kulką proteinową(licząc na dwu-cyfrowego karpia o których jest dużo histori i które są potwierdzone), ja postanowiłem do tego podejść prosto gdyż nie miałem dużej ilości akcesoriów do łowienia z gruntu: Założyłem ciężarek 10g i zawiązałem boczny trok z przyponem leszczowym i z kukurydzą i robakiem na haku. Zaczęło się nęcenie(jeszcze w małym deszczu). Kolega Kuba łowiąc na bata 5m nie był w stanie zarzucić tam gdzie ja, "Szóstką". Więc, aby było sprawiedliwie nie nęciliśmy punktowo, ale utworzyliśmy "kwadrat zanęcania" który miał około 1x1m(dzięki temu każdy z nas mógł łowic na swojej odległości. Pierwsze płotki(około 10cm) wyciągał kolega, ja niestaty jeszcze żadnej nie złowiłem :(.
Nastała godzina 5.00, przestało padać, zarzucam zestaw, piękne prowadzenie na delikatnym spławiku(1,3g), przynurzenie, zacięcie i JEST. Pierwsza płotka kończy wreszcie złą passę. Od tej pory każdy z nas na zmiane wyciągał płotki, (jedne po 10cm, inne po 15cm) a zdarzało się że ciągneliśmy ryby jednocześnie w między czasie żartowaliśmy z naprawdę przeróżnych rzeczy i cieszyliśmy się w pełni wędkowniem :). Byliśmy tak zafascynowani tymi płotkami że zapomnieliśmy o gruncie, u Kolegi nic się nie zmieniło, ale u mnie bombka dziwnie opadła na ziemie(i tak leżała), więc powiedziałem do Kuby żeby zaciął bo ja wtedy zmieniałem przypon po splątaniu żyłki. Holuje, holuje-coś tam było, jednak za bardzo nie walczyło i po chwili ku naszym oczom ukazał się Jaź. Miał równo 25 cm. Wpuściłem go do siatki, aby móc później zrobić zdjęcie z "największymi rybami dnia" i później wupuścić je do wody. Po tym holu Kolegi, który mnie wyręczył :), postanowiłem przestawić lekkiego federka obok siebie, tak abym mógł z miejsca odłożyć bata i szybko zaciąć rybę. To się sprawdziło, po trzecim zarzuceniu gruntem wzdłuż pasa trzcin, bombka opuściła się tylko o 0.5cm, od razu skojarzyłem, że była troszkę wyżej i postanowiłem zaciąć. To posunięcie okazało się trafne i dzięki temu wyholowałem jazia o długości 23 cm zahaczonego idealnie za wargę. Z upływem godzin po tym jaziu brań na grunt nie było. Liczyłem, że koledze Kubie, uda się wyciągnąć jakiegoś ładnego karpika, co by było atrakcją dnia, jednak w większości łódzkich stawów jest to jednak niemożliwe. Później, z równie ładnym prowadzeniem porównywalnym do prowadzenia płotek z tego stawu, na brzegu zameldowały się dwa karasie złowione przez Kolegę Kubę na bacika. Po 2-3 rybach wrzucaliśmy cały czas, kulkę ziemi z jokiem mniejszą od śliwki, aby utrzymać ryby w łowisku, co okazało się kluczem do udanego wypoczynku nad wodą. Brania mieliśmy do 12.00. Po tej godzinie poszliśmy na autobus, aby sie udać do domu i zjeść ciepły obiad :)
Jeżeli dotarliście do tego momentu, to oznacza to, że przeczytaliście to długieee opowiadanie, za co wam serdecznie dziękuję :). Mam nadzieję miło sie wam czytało i, że nie znudziłem was tym opowiadaniem, lecz wręcz przeciwnie, zainteresowałem. Możecie pisać co chcecie, ale ten wyjazd był dla mnie najlepszym wyjazdem w życiu. Jednak jeżeli popełniłem jakiś błąd w formułowaniu zdań lub w opisywaniu zdarzen to proszę o krytykę, którą uszanuję i przyjmę jako radę na przyszłość. Na koniec: proszę o zostawianie komentarzy i ocen, co będzie oznaczało że doceniliście moją pracę nad tym tekstem.
Komentarze