Wyraz sam w sobie wiele niosący – wszak każdy początek oznacza coś nowego, a jak wiadomo, wszystko co nowe jest interesujące i pociągające w dwujnasób. Nieprzypadkowo wybrałem właśnie to słowo. Pierwszy raz piszę artykuł – początek. W głowie gonitwa myśli: jak zostanie odebrany? Lecz to dopiero na końcu, zatem, po kolei. Chciałbym podzielić się z Wami tym, w jaki sposób zostałem wędkarzem a nie modelarzem czy innym hobbystą. Początki mojej przygody z wędkarstwem, pasji której jestem wierny po dziś dzień. Było to około 19-20 lat temu, w każdym bądź razie ostatnie letnie miesiące przed moim pójściem do szkoły. Mój tato wędkował na tym starorzeczu już od dłuższego czasu, ja zaś, jak to małoletni synek – lubiłem spędzać z nim czas, szczególnie nad wodą. Wędkarstwo raczej mnie nie interesowało, wolałem biegać po Wiślanej plaży i szukać przeróżnych skarbów. Tato w tym czasie łowił piękne karasie. Kiedy już znudzony pogonią za mewami spacerującymi na krawędzi wody i lądu wróciłem na stanowisko, obserwowałem razem z nim spławik, prosty, wykonany z dutki indyczego pióra z końcówką pomalowaną zwykłą czerwoną farbą olejną. Co jakiś czas spławik nieznacznie kilkakrotnie się przytapiał po czym równym tempem zaczynał odjeżdżać w stronę pobliskiej łąki grążela. Wówczas tato delikatnym ruchem zdejmował wędkę z podpórki i zacinał ze stoickim spokojem. Nie za każdym razem, jednak często, w tanim podbieraku z bazaru nabytym od braci ze wschodu meldował się karaś. „Jaka piękna ryba!” - powiedziałem. „Co z nią zrobimy?” „To co zwykle robię – wypuść ją delikatnie”. Nie zapomnę chyba do końca życia jak powoli, z niepojętą gracją karaś spokojnie odpłynął w głąb wody. Z perspektywy czasu teraz rumienie się nazywając 30 centymetrowego karasia pięknym, jednak wówczas wrażenie zrobił na mnie piorunujące. Złoty, mocno zbudowany, z nastroszoną płetwą grzbietową zachwycił mnie niesłychanie. Sprzęt wędkarski jakim wówczas dysponował mój tata nie był imponujący, prosty teleskop 3,5 metra i kołowrotek o stałej szpuli. Nie pamiętam nazwy, tylko tyle że był wykonany z metalu i jasnoniebieski. Tato łowił na kopane czerwone robaki które po dziś dzień są jego spławikową przynętą numer 1. Zapytał mnie czy sam chciałbym zobaczyć jak to jest złowić rybę własnoręcznie. Domyślacie się co zrobiłem. Pierwszy rzut i zestaw ląduje raptem z pięć metrów od brzegu. Jak zaczarowany uważnie patrzę na spławik. W końcu przyszedł ten moment. Pióro powoli zaczyna się chować pod wodę, ręce trzęsą mi się z emocji. „Poczekaj jeszcze” słyszę głos zza pleców. Wiem że mogę zdać się na niego. W końcu po nieskończenie długich sekundach spławik cały znika pod wodą. „Tnij!” Wykonałem polecenie jak automat nieomal dekapitując mojego wędkarskiego guru. Ale czuję że „coś” szarpie się na końcu zestawu. Jakby ktoś mnie zobaczył z wypiekami na twarzy i rozognionymi oczami pewnie pomyślał by że mam gorączkę. Tym czymś okazał się być kolejny złoty karaś . Cieszyłem się tą pierwszą rybą, dwudziestoma centymetrami wędkarskiego szczęścia tak, jak potrafi robić to tylko dziecko. Kolejny złotołuski odzyskał wolność, tym razem jednak był to MÓJ karaś. Wtedy złapałem wirusa wędkarstwa i od tej pory towarzyszy mi on po dziś dzień. Po tych latach wędkarstwa, dla jednych wielu, dla innych zaś odwrotnie, zachowałem pamięć tego pierwszego wypadu na ryby. Stosuję się do nauk ojca o wędkarstwie, przyrodzie i jej uszanowaniu jak inni ludzie do dekalogu. Potem były kolejne pierwsze razy, te wędkarskie i zgoła inne, lecz ten dzień i te ryby to wspomnienia, których nigdy nie chcę zapomnieć. Pierwsze razy są piękne, szanujcie je koledzy i koleżanki, bo w życiu bywa tak, że wspomnienia będą droższe wszystkich pieniędzy. *
Komentarze