Reklama

Podejście drugie

11/05/2009 23:44

Długo czekałem na tę niedzielę. Zapowiadała się nader obiecująco. Pobudka o trzeciej rano, godzinę później miałem być nad Odrą. O siódmej zawody na żwirowni a od 14 do 19 znowu Odra. Nic więc dziwnego, że od tygodnia miałem w głowie tylko ten dzień. Zatem nastał niedzielny poranek. Zdecydowanie nie należę do ludzi lubiących wczesne wstawanie. Po dłuższej chwili, siedzę już w samochodzie i pędzę na łowy. Dalej klasyka – mocowanie kołowrotka, ubiór, zabezpieczenie samochodu, pudełko z przynętami, rejestr i marsz w stronę nowo poznanej miejscówki, gdzie tydzień wcześniej złowiłem pięknego bolenia.

Odziwo, ku mojemu zaskoczeniu przez dwie godziny nie miałem kontaktu z rybą. Motywacji miałem jednak taki zapas, że spokojnie mógłbym się nią dzielić. Spakowałem manatki i pojechałem na zawody. Połów szczupaków to nie jest moja domena – tyle w kwestii wyników.

Po zawodach, postanowiłem wrócić nad rzekę. Ale zmieniłem nieco wcześniejsze plany. Przypomniało mi się, że w tamtym roku szliśmy z kolegą bardzo długo w jedno bardzo obiecujące miejsce (wpis:”Podejście pierwsze”). Uznałem, że mam wystarczająco dużo czasu, żeby zaryzykować drugie podejście do tej samej miejscówki. Jednakże, postanowiłem zrobić to nieco inaczej niż za pierwszym razem. Objechałem całkowicie inną drogą i z pomocą tubylców udało mi się trafić pod samą taflę, błyszczącej w świetle promieni słońca Odry. To miejsce jest wprost przepięknie dzikie, mroczne, tajemnicze i przede wszystkim bardzo obiecujące. Po krótkiej chwili byłem już przy samej wodzie. Nurt bardzo szybki, dno kamieniste, żadnego piachu.

Na pierwszy i zarazem ostatni ogień idzie 5 cm głęboko chodzący Kenart. Na potężne branie ku swojemu zaskoczeniu nie musiałem długo czekać. Chwila nieuwagi, za mocne przytrzymanie palcem szpuli i trzask pękającej żyłki. Takie błędy pokazują jak dużo brakuje mi do najlepszych. Szybko wiążę następnego Kenart’a i łowię dalej. Pamiętam, żeby tylko nie za mocno, nie za mocno… Po kilkunastu minutach znowu branie. Spokojnie ryba wybiera żyłkę z kołowrotka i nagle wypuszcza przynętę z pyska. Znowu mój błąd – nie zaciąłem! Jak mogłem tego nie zrobić. Po chwili piankowa imitacja rybki znów mocno pracuje w rzecznej rynnie. Znowu uderzenie, zacięcie i ryba idzie w dół rzeki, wybiera żyłkę. Nagle luz na kołowrotku. Wypięła się? Zwijam żyłkę i jakieś 3 metry od brzegu widzę jak wobler wypada rybie z pyska. Była to nieduża około 50 cm brzanka, która oszukała mnie w dziecinny sposób. Czwana bestia pomyślałem.

W czasie, gdy zaliczałem „brania życia”, 30 metrów dalej na spokojnej wodzie, drobnica co chwilę ratowała się ucieczką przed swym oprawcą. Przekonany, że jest to kleń, nie chciałem go niepokoić, tym bardziej, że to bolenie były moim celem. Siłą rzeczy jednak zmieniłem nieco miejsce i poszedłem w górę rzeki. Mogłem stąd bez problemu dorzucić do miejsca żeru drapieżnika. Gdy tylko wobler dotknął lustra wody – nastąpiło branie. Ku mojemu zaskoczeniu była to rapa – 60 cm. Od tego czasu łowiąc w wartkim nurcie złowiłem 6 kleni, z których największy miał 40 cm. Pod koniec łowienia postanowiłem jeszcze raz zarzucić w miejsce, od którego zaczynałem. Rzut blisko kamienistego brzegu i wobler… wpada w ruch obrotowy, bo żyłka zaczepiła o pierwszą kotwiczkę. Szarpnięcie, Kenart wyskakuje z wody i wpadając jest od razu atakowany przez bolenia. Po dosyć długiej walce ląduję rybę na brzegu – 70 cm. Tego dnia nie miałem więcej brań, jednakże dzień ten uważam za spełnienie pewnego rodzaju marzeń. Nigdy nie zdarzyło mi się mieć tak dużo pobić grubych ryb. Piękne uczucie grającego hamulca dane mi było doświadczać wiele razy. Niestety z braku wolnych terminów wrócę tam dopiero w czerwcu, ale wtedy to już pełnoprawnie będę mógł zapolować na wąsatą damę odrzański terenów.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama