Reklama

Podwodny świat biebrzańskich bagien

12/11/2009 17:28
PODWODNY ŚWIAT BIEBRZAŃSKICH BAGIEN

DZIEŃ PIERWSZY

Tak długo czekałem..a właśnie stoję nad brzegiem niewielkiej rzeczki. Szybko wkładam piankę z kapturem, szykuję maskę. Żadnej butli z tlenem nie używam... Idę powoli w stronę wody...Kurczę - nóż ! W emocji zapomniałem, wracam po niego, zapinam na łydce - człapiąc dostojnie tyłem w płetwach.. Mijam siedząch na trawce miejscowych z dzieciakami. Oranżada, piwko. Na szczęście dzieci - oranżadę.
Co - polowanko ? - pyta koleś.
Tak - odpowiadam, podnosząc do góry aparat cyfrowy w futerale. Szmer komentarza już nie przebija się przez naciągnięty na głowę kaptur. Cisza...Wchodzę..woda wypełnia mi całą piankę, na początku jak zawsze zimno, a po chwili rozkosznie gorąco, jak w wannie.Zostawiam z uczuciem ulgi ląd, i rozwrzeszczanych ludzi...

Odpycham się płetwami od dna...nareszcie.

Zaczyna się barwny film przed moimi oczami. Jak zawsze dotąd - nie bedzie ani minuty dłużyzny. Woda jest cudownie czysta, o lekko brązowym zabarwieniu od torfu. Rzeczka jest niewielka, ale całkiem głęboka. Na drugi brzeg jest dobry rzut spławikem, więc widzę całe koryto. Na razie pode mną jasny piasek, pojedyncze kamyki, skorupiaki. Płynę pod prąd, uciąg jest wyczuwalny. Gdzieniegdzie płynie drobnica, płotki i ukleje. Nie śpieszą się. Zaczyna się coś dziać. Napływam na rozwiane, zielone wstęgi włosów. Są długie , jest ich mnóstwo, olbrzymia kępa. Patrzę uradowany, powoli płynę dalej. Brzegi są porosnięte grubym rzędem trzcin, strzałki wodnej, tataraku i mięty. Spoglądam na dół - buch ! Kłąb mułu - zwiało coś konkretnego, zanim podniosłem aparat do oczu. Za chwilę dopływam do zakrętu - pierwsze zaskoczenie. Jest niezły głęboczek, z trudem widzę dno. Woda oszukuje, powiększa, ale wydaje się że to dobrych parę metrów. Nabieram powietrza, fikołek i jadę do dna. Widzę, że dół uformowały olbrzymie głazy granitowe, jest na nich sporo skorupiaków. Zaskakujący widok - bagna bagnami, a morena zrobiła swoje. Zresztą niedaleko stąd jeziora. Zatem - koryto tej niepozornej rzeczki ma setki lat ! Wracam na powierzchnię. Zaczynam spływać z powrotem. Woda jest cała zalana złotym słońcem .... Oślepiająco jasno. Jest mi ciepło, po prostu wspaniale... Nagle dookoła mnie srebrny deszcz uklejek i płotek. Mnóstwo. Skąd się wzięły ? Płyną przede mną - jakby moi przewodnicy! Cała ławica, nie spiesząc się prowadzi mnie jak liliputy Guliwera. Cóż za orszak...Robię zdjęcia. Nagle przed samą maską - akcja! Nie zapomnę do końca życia. Niewielka uklejka z furią dopada sporej ćmy na powierzchni. Widzę każdą jej łuskę, rozdziawiany pyszczek.Widzę z jaką furią to robi - chyba wielki okoń ma taką samą pasję atakując, co ona. Szarpie, zmaga się..ćma się nie poddaje, wreszcie rozrywana na strzępy - znika w pyszczku rybki, która wraca na swoje miejsce w szyku.

Dopływam do jakiegoś wykrotu. Tworzy go kawał pnia z gałęziami, są też bardzo stare, wbite w dno pale. Chyba mają dziesiątki lat. Wyżarte przez wodę ....Dużo roślin tworzących gęstwinę. Zatrzymuję się. Jest porządnie ciemno, na zdjęcia bez flesza nie ma szans. Pokazuje się spory okoń. Za chwilę - znowu muł w górze, z dna coś zwiało.Chyba lin - duży. A więc pan doktor w płetwach i z kuszą był tu kiedyś. Cały czas czekam..czuję że jestem obserwowany. Jest i autor - szczupak, kolo dwóch kilo. Nie ma sympatii w oczach..Jest napięty i nieskory do zabawy, jak te, które spotykałem w jeziorach. Leży płasko na dnie, na stoku, w rzadkiej trzcinie. Nagle z tunelu między trzcinami - majestatycznie wypływa kleń, na oko dobre czterdzieści centymetrów. Wygląda na kilowego. Zaczyna się balet...zamieram, nie wierząc własnym oczom. Nie okazuje lęku. Zerka na mnie, balansując ciałem . Ale - trzyma się na dystans. Bawi się mną ze mną, czuję to. Po odegraniu swojej roli znika tam, skąd przyszedł. Równoczesnie z nim pojawia się następny. Robi dokładnie to samo, i wraca. Było ich kilka - ten sam rocznik. One się mnie nie bały,a to co robiły przypominało taniec delfinów. Słowa tego nie opiszą.
Żegnam ten teatr. Spektakl był wspaniały...czasem myślę, że ryby mają duszę.

Dopływam do jakiegoś mostu. Wody jest trochę więcej, lekko spiętrza się przed filarami. Tutaj rybek niewiele. Zapływam za filar. Z blasku słońca - zimny, głęboki cień. Tutaj dno prawie czarne - mnóstwo mułu, jakichś gałęzi, które sprawiają wrażenie prehistorycznych. Panuje tu dziwna atmosfera, zaczynam czuć się nieswojo. Dziwi mnie brak ryb. Aparat mam wysoko, jestem gotowy do zdjęcia. Płynę powoli nad tym cmentarzyskiem. Jest pusto i smutno. Brak życia....Zerkam i widzę na prawej dłoni małą roślinę. Strzepuję ją, ale się trzyma. Dziwne...patrzę...i gały wyłażą mi z orbit. Mam między kciukiem a wskazującym - PIJAWĘ. Właśnie zaczyna "pompować"..Nieee - dzięki.!!! Jak pocisk wynurzam się - i do brzegu. Gramolę się między trzcinami /dobrze być wysportowanym/... Szybko łapię nóż - i ciach. Nawet nie zaczęła mnie doić z krwi. Jest tylko siny krążek po jej ssawce. Oglądam się - na kawałku ciała między moją płetwą a nogawką pianki mam jeszcze .....wrrr... - jej dzieci. Litości ! Parę ruchów noża...uff....... Nóż trzeba mieć zawsze ! Jak widzicie.....
NIENAWIDZĘ PIJAWEK..Pózniej doczytałem się, że na biebrzańskich bagnach jest ich - uwaga - SIEDEMNAŚCIE GATUNKÓW. Brrrr....a podobno są ...hmmm...lecznicze.

Na dziś dość...płynę do punktu wyjścia. Wyłażę na brzeg. Zmęczony cholernie, ale szczęśliwy ściągam tą swoją "zbroję". Idę do auta. Mijam siedzącą ekipę - puste puszki i butelki po piwku - ekologiczny wianuszek na biebrzańskiej łące.. Kiedy otwieram drzwi samochodu, słyszę krzyk znad rzeki:
Jak, trafiłeś coś?
............
Tak. Trójkę w totka, ale to dawno temu.
Zmęczony odjeżdżam.

DZIEŃ DRUGI

Wieczorem, przy paru kropelkach /przeciw pijawkom/ - właściciel agro, u którego się zatrzymałem - trochę się rozgadał. Okazało się, że wszyscy w okolicy stawiają siatki /ten "sekret" znam ja, i wiele osób od lat/ - wszyscy z okolic, i nie tylko. Są też przyjezdni - cały przekrój społeczeństwa, z nauczycielem podstawówki i policjantami włącznie.
Gospodarza bardzo dręczyło, czy - "w tym dołku, za trzecim zakrętem od mostku są ryby".

Rano jadę. To już zupełne bagnisko - pachnie pijawkami na kilometr. Jestem tak rozemocjonowany po wczorajszym, że zakładam maskę na wędkarskie polaroidy, i dziwię się, że coś nie pasuje...Zapinam polaroidy za pas z obciążeniem z ołowiu /3 razy po kilogramie/. Oczywiscie - gubię je pózniej, w czasie pływania wysunęły się i dołączyły do cmentarzyska na dnie /piękna śmierć dla okularów/.

Opływam cały dół. Jest spory i jest głęboko, ale dno widać wyraznie. Poza dużą płocią, która miała spokojnie kilogram - tylko drobnica. Nie ma żadnych dużych ryb. Wytłuczone i przepłoszone. Po opłynięciu całego dołka wracam na brzeg. Dołek pusty - ale na pocieszenie powiem,że ryby znalazły sposób na przetrwanie w biebrzańskim raju. Jaki? Wybaczcie - to pozostanie ich i moją tajemnicą na zawsze. Tak jak nazwa tej rzeczki.

Żegnam piękną krainę, w przyszłym roku tu wrócę - oby z kamerą, jeśli dożyję i znajdę sponsora. Opowiem, co się zdarzyło w międzyczasie, i czy klenie nadal wystawiają swój niezapomniany spektakl....

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama