Czas spojrzeć prawdzie w oczy – nasze wody nie są tak rybne jak mogły by być… Mając na uwadze to, że wędkarzy jest coraz więcej chciałbym zaproponować alternatywę dla tradycyjnego połowu zwykle mającego na celu złapanie jakiegoś okazu ichtiofauny.
Zapytacie pewnie jak można łapać te mięczaki na wędkę. Otóż odpowiedź jest bardzo prosta, bo wystarczy nam tradycyjny zestaw spinningowy absolutnie bez żadnych udziwnień. Jako przynęty użyjemy błystki choć jak się okażę nie jest ona konieczna – te jakże waleczne stworzenia atakują nawet przepływającą żyłkę. Najbardziej sprawdzone prowadzenie blachy polega na włóczeniu jej po dnie. Brania są bardzo zdecydowane, a wyhaczenia praktycznie nie zdarzają się. Jeżeli złowimy już jedną należy ponownie zarzucić w to samo miejsce – najprawdopodobniej bytuje ich tam cała kolonia. Nie musimy się także obawiać o to, że nam odpłyną, bo po prostu nie mogą.
Pozwólcie jednak, że opowiem jak udało mi się odkryć tę, bez wątpienia, rewolucyjną technikę połowu…
23 sierpnia tradycyjnie zawitałem na brzegi, trochę później niż zazwyczaj, bo dopiero około godziny 18. Od razu poleciałem nad moją szczupakową zatoczkę i rozpocząłem łowienie. Niestety moja dobra passa najwyraźniej skończyła się i pomimo wyraźnych śladów żerowania szczupaków nie potrafiłem nakłonić żadnego do zainteresowania się moją przynętą. Niemniej jednak kontynuowałem biczowanie wody od czasu do czasu zmieniając przynętę i sposób jej prowadzenia. Wtem nagle poczułem przytrzymanie, natychmiast je zaciąłem i począłem zwijać żyłkę. Fakt, że domniemana ryba nie stawiała większego oporu zastanowił mnie trochę ale w końcu nie byłby to pierwszy taki przypadek. W grę wchodził też oczywiście jakiś śmieć lub glon zalegający na dnie ale w nigdy nie spodziewałbym się tego co zobaczyłem – małża zaciśniętą na jednym z grotów mojej kotwiczki. Do końca życia nie odżałuje, że nie byłem w stanie zobaczyć wyrazu własnej twarzy ale podejrzewam, że moje oczy ze zdziwienia uzyskały wielkość i kształt pięciozłotówek. Po chwili konsternacji udało mi się uwolnić „okaz” i wrócić go wodzie.
Powróciłem do poszukiwania prawdziwych ryb ale chyba wszystkie miały mnie w okolicach płetwy odbytowej, no może z wyjątkiem małego szczupaczka, który z uporem godnym lepszej sprawy atakował błystkę niewiele większą od niego samego. Czas mijał nieubłaganie, a perspektywa powrotu „o kiju” nie uśmiechała mi się. Zarzucałem i zwijałem i kiedy zacząłem tracić już nadzieję kolejne przytrzymanie. Zacinam i czuję opór, który jednak momentalnie słabnie. Po krótkim holu moim oczom ukazuję się kolejna małża uczepiona za moją żyłką. Tym razem nieco mniej zdziwiony, a trochę bardziej zawiedziony uwalniam ją. Czas przeznaczony na wędkowanie kończy się i musze wracać.
I teraz zadaję pytanie – czy wyprawa skończyła się powrotem o kiju? P.S. Pomimo mało poważnego charakteru tekstu ze zdziwieniem muszę stwierdzić, że wyczyn ten da się powtórzyć. 25 sierpnia padła kolejna małża znów zahaczona za jeden grot. Teraz pozostaje już tylko kwestia wprowadzenia okresów i wymiarów ochronnych…
Komentarze