Wczoraj, niespodziewanie zadzwonił do mnie znajomy Polak. Mówił, że w wakacje jedzie na urlop do kraju i ma ochotę, jeszcze przed wyjazdem, na złapanie jakiejś większej sztuki. Decyzja szybka, jedziemy nazajutrz do Mbini, mała wioska rybacka nad oceanem niedaleko Cocobeach. Zgodziłem się bardzo chętnie, gdyż kilka miesięcy już tam nie byliśmy, a ostatnio ja złapałem dwa ośmio-kilowe karanki, znajomy miał brania ale wszystkie albo się zerwały albo urwały mu przynęty. Także miał spore straty w sprzęcie i żadnej ryby.
Tak wiec, korzystając z wolnego dnia ruszyliśmy. Pierwsze problemy okazały się z dojazdem, ostatnie osiem kim to stara droga przez dżunglę: przez te kilka miesięcy sezonu deszczowego straszliwie zarosła. Przejechaliśmy ale samochód mocno podrapany (głównie przez bambusowe gałęzie). Po dotarciu do debarkadera bierzemy sprzęt i idziemy na część łowiska, którą nazwaliśmy „kamienie”. Bardzo ciekawe miejsce, gdyż, dosłownie kilka metrów od brzegu, jest urwisko i głębokość ok. 20 m, co przy odpływie powoduje bardzo silny prąd, w którym łapią, ogłuszone małe rybki, barakudy i karanki. Montujemy sprzęt, ja spinner bait’a, kolega mojego poppera. Od czasu do czasu jakiś drapol poluje. Są karanki, tylko mało. Po kilku minutach kolega ma branie, tuż tuż przy brzegu. Duży karank momentalnie odchodzi w silny prąd. Obserwuję walkę, wędkarz zaciska hamulec, prawie na maksa, mimo to ryba robi kilka krótkich odjazdów.
Po chwili sytuacja patowa ani ryba ani wędkarz się nie ruszają, ryba nie wyciąga plecionki a wędkarz nie ma siły do pompowania. „O! coś się dzieje, coś zgrzyta i chrobocze” krzyczy znajomy i rozpoczyna powolne ściąganie ofiary. Mimo wszystko rybak silniejszy;) Jeszcze kilka minut i okazały karank na skalistym brzegu. Fotki, zważenie (11kg) i patrzymy - ryba już zdechnięta. Przemęczyła się biedaczka. Ale wędkarz, choć zadowolony, też ciężko dycha. Przyglądamy się ofierze, już na spokojnie, cała podrapana: w walce kiedy kolega krzyczał, że coś nie tak, musiała ocierać się o kamienie najeżone ostrymi muszelkami coby wyrwać z gęby niedobrego popka;) Ja tez rzucam i niedługo potem, tez przy brzegu, mojego spinnera coś capło – kilogramowy lucjan. Ha, dobre i to!
Po godzinie wycofujemy się na druga część łowiska(przypływ odcina przejście), na grunta. W momencie początku przypływu, lucjany maja swoja aktywność, więc wykorzystujemy to. Ja mam lucka ok. 1.5 kg i kolega maluszka. Zwijamy sprzęt w pełni zadowoleni i trudną drogą wracamy.
Komentarze