Jakby można było przesiedzieć pierwszy weekend wiosny w domu. Pogoda? A co tam, że tyle wilgoci w powietrzu. Trzeba w końcu przewietrzyć wędki po zimowym bezruchu. Zapakowałem więc to co najpotrzebniejsze w kieszenie kurtki i dalejże w plener. Ponieważ Ożannę już w tym roku kilka razy odwiedziłem, padło na Brzózę Królewską. Już sama nazwa przyciąga i daje nadzieję, że woda również obdarzy po królewsku. Jeżeli nawet nie okaże się łaskawa i nie ożywi wędki, to może chociaż będzie można nacieszyć oko prawdziwie królewskimi ptakami jakie od paru lat wiosną można tam spotkać.
Pełen nadziei stanąłem na brzegu obserwując taflę wody i brzegi. Niestety całe jezioro zalegała cisza a tafla wody jakby jeszcze nie zdążyła się obudzić po zimowym śnie. Psa z kulawą nogą nie widać a co dopiero łabędzi. Pewnie oczekują wiosny gdzieś na cieplejszych wodach. Rozłożyłem wędkę i jak to z wiosny a może raczej z przedwiośnia, zacząłem paproszkować, tradycyjnie zaczynając od głębszej wody. Kilkanaście rzutów nie przyniosło najmniejszych rezultatów. Już wiem że „tu nie biorą” a „gdzie biorą”?
Może na płytszej pod lasem będą bardziej żywotne. Przespacerowałem się więc na przeciwległy koniec zalewu. Po drodze ciężko było nie zauważyć oznak niegospodarności i niechlujności mieszkańców tudzież innych miłośników spacerów na łonie natury. Co parę kroków walały się puszki po piwie Tatra i inne opakowania, których zima nie zdążyła strawić. Pewnie poczekają sobie aż wiosna zakryje to wszystko zielenią. Wkurzony na ludzką głupotę zebrałem kilkanaście puszek do leżącego obok worka i wstawiłem do bardziej odpowiedniego miejsca.
W końcu stanąłem na wymyślonym wcześniej miejscu. Latem ciężko tu dotrzeć bo sitowie skutecznie broni dostępu do wody. Teraz za to przegląd sytuacji jest wręcz nieograniczony. (Fot. 01) Jednak rybki i tu nie pałały wielką chęcią do zabawy w pogoń za podskakującym przy dnie paproszkiem. Założyłem więc to co wiosną zawsze kusiło kolczastych wodnych myśliwych. Mały czerwony woblerek wystrugany parę lat temu i tym razem okazał się niezawodny. Kilka może dwudziesto centymetrowych okonków w ciągu nie więcej jak 10 minut znacznie poprawiło mi samopoczucie. Wszystkie jakby od jednej mamy. Ten sam wymiar i nabrzmiałe ikrą brzuszki świadczyły, że i one oczekują z niecierpliwością cieplejszych dni.
Niespodziewanie nad głową bezszelestnie przeleciały dwie czaple kierując się na podmokłe leśne łąki. Wzdłuż lasu wije się tam czysta rzeczka Tarlaka zasilając zalew chłodną dobrze natleniona wodą. To miejsce upodobały sobie również bobry. Budując swoje tamki znacznie urozmaiciły krajobraz i samą rzeczkę. Co kilkadziesiąt metrów widać kaskady spiętrzające wodę i niewielkie rozlewiska powyżej. (Fot. 02) Kto spacerował szlakiem wzdłuż Szumów na Tanwi wie o czym myślę. Dodatkowo kręte koryto z podmytymi brzegami często kryje dość głębokie dołki dochodzące nie rzadko do 1,5m głębokości przy niskim stanie wody. Kilka lat temu wiosną, widziałem tam kłębowisko minogów.
Pomny tego zdarzenia postanowiłem wędkę zamienić na aparat i zrobić sobie spacer wzdłuż brzegów Tarlaki w poszukiwaniu wyraźniejszych oznak wiosny. Dodatkowo moją decyzję potwierdził lecący w górę potoku bocian. Z nadzieją że uda mi się podejść żerujące na mokradłach czaple i bociana ruszyłem ich śladem. Nie wiem jakie te ptaszyska mają oczy ale nie pozwoliły się zbliżyć na tyle żeby można było zrobić choćby w miarę czytelne zdjęcie. Być może ich czujność dodatkowo zwiększył krążący nad lasem myszołów. (Fot. 03) Dając więc i tym razem za wygraną pięknym ptakom zadowoliłem się widokiem pierwszych motyli i polnych kwiatów. (fot. 04) Te przynajmniej potrafią pozować cierpliwie, pozwalając na odpowiedni dobór parametrów aparatu. (fot. 05) Zajęty zabawą w makrofotografię nagle usłyszałem prawdziwy odgłos wiosny. To żurawie swoim donośnym klangorem obwieszczały definitywny koniec chłodnych dni. A więc stało się mamy wiosnę! (fot. 06)
Jeszcze tydzień a na tafli zalewu pewnie znowu pokażą się łabędzie. Po powrocie przeglądając zrobione fotki zauważyłem, że przywiozłem z lasu jeszcze inną oznakę wiosny. Niestety trochę mniej optymistyczną. Był to przyczepiony do łydki kleszcz. (fot. 07) Tak wcześnie jeszcze nigdy nie udało mi się zaliczyć ugryzienia tego małego wampirka. Na szczęście nie miałem większego problemu z odczepieniem tego pasożyta, choć zdążył się już uraczyć moją krewką. No i nie wyszło mu to na zdrowie. Mimo, że odczepiony spacerował sobie po kartce papieru, to jednak w kilka godzin później padł. Widocznie moja krew nie jest już tak ekologiczna jak niegdyś. A może po prostu zmęczył się pozowaniem do zdjęcia? Ta wielka klamra widoczna na zdjęciu to zwykła zszywka biurowa powiększona kilkanaście razy, dla lepszego zobrazowania wielkości stworzenia które może narobić człowiekowi wielkiego bałaganu w życiu. W każdym razie niech będzie to dla Was przestrogą. Te pajęczaki już oczekują na wszystkich stęsknionych natury. Zanim więc udacie się w plener najpierw zaglądnijcie do sklepu i zaopatrzcie się w jakiegoś pryskacza na to robactwo.
Komentarze