Miejsce to nazwałem Domem Dużych Okoni.Idąc przez łąki w kierunku niewidocznej jeszcze rzeki,poznaję ja łatwo po ciemnych krzakach jałowca rosnących na samym skraju urwistego brzegu.Była tu też kiedyś rozłożysta topola,ale kolejny przybór podmył grunt,w którym tkwiły jej korzenie.Leży teraz w wodzie prostopadle do nurtu,tak jak runęła tamtego wiosennego dnia.Część wynurzonych gałęzi pokrywa się jeszcze co roku zielonymi listkami,te zatopione są siedliskiem dużych okoni.Ale złowić je można tylko w jednym określonym miejscu.
Znalezienie go kosztowało mnie wiele godzin i kilkanaście błystek pourywanych na zatopionych konarach.Początkowo sądziłem ,że drapieżniki będą stały po lewej stronie drzewa,co byłoby zgodne z logika i wskazaniami podręczników wędkarskich,ponieważ właśnie ta strona osłonięta jest przed silnym prądem.Miałem tu jednak tylko sporadyczne brania małych okonków.Raz za błystką wyskoczył kleń średniak,ale w ostatniej chwili zawrócił i skrył się błyskawicznie wśród zatopionych gałęzi.Dopiero szczegółowe badania gruntomierzem wyjaśniły przyczynę niepowodzeń-woda jest za płytka,a przede wszystkim równe i piaszczyste dno pozbawione jest uskoków i kryjówek.
Żeby złowić Dużego Okonia musiałem podejść ostrożnie po prawej stronie drzewa,kryjąc się za plątaniną wyrwanych z ziemi korzeni.Rzut niedaleki,ale cichy i precyzyjny.Błystka musi upaść na wodę w odległości sześciu metrów od brzegu i około trzech od pierwszych wystających ponad wodę gałęzi.Później trzeba odczekać około dwóch sekund,w czasie których prąd zniesie błystkę pod drzewo,a jednocześnie opadnie ona do połowy głębokości sporego wykrotu w dnie rzeki.Wtedy kilka energicznych ruchów korbką i... jest!Walka krótka,ale zawsze emocjonująca,rozgrywa się przecież tuż obok zatopionych konarów i gałęzi topoli.Ryby biorą regularnie,co trzy,cztery rzuty.Gdzieś po piątym uderzeniu brania ustają.Widocznie mieszkańcy Domu orientują się ,że ich koledzy nie wracają z łowów.Zostawiam ich wtedy do następnego spotkania....Ciąg dalszy nastąpi...
Komentarze