Reklama

Pstrągi po epoce lodowcowej

05/03/2012 13:03
Po prawie miesięcznej bezczynności spowodowaną „wieczną zmarzliną”, marzec 2012r. przywitał nas piękną pogodą, która kogoś takiego jak ja stawia do pionu i powoduje przyspieszone bicie serca oraz wzrost ciśnienia tętniczego do 200mmHg. Owszem w styczniu i lutym byłem na wyprawach pstrągowych, lecz pogoda spowodowała, że najpierw (koniec stycznia) była powódź i ciężki dostęp do rzeczki, a w połowie lutego, kiedy woda opadła o jakieś 1,3m nie było, w co rzucać. No może nie do końca, ale na moich łowiskach zimowo-wczesnowiosennych nie dało się połowić. Korzyści owszem były w postaci dotlenienia organizmu i „nakręcania się” na kolejną wyprawę. Tak nadszedł marzec i pogoda jak marzenie. Każdy pracujący pstrągarz nie usiedzi spokojnie na d… i przebiera nogami odliczając dni do weekendu, aby wstać wcześnie i wyruszyć na spotkanie z kropkami. Ja aż tak cierpliwy nie jestem. W czwartek, kiedy temperatura za oknem mojego biura wskazała +7ºC, nie wytrzymałem i wziąłem urlop na piątek z zamiarem wyjazdu z moim kolegą na naszą ulubiona rzeczkę. Wiadomo, że we dwóch raźniej i taniej, bo dojazd na łowisko jest kosztowny. W jedną stronę jest - w zależności od rzeki od 70 do 130, a nawet 250 km. Jak to zwykle bywa niekonsultowane wcześniej wyjazdy skutkują wyprawą w pojedynkę. Obdzwoniłem i sms-owałem, co prawda do, trzech ale nikt nie mógł. Decyzja jest tylko jedna-jadę sam.
Piątek - pobudka za kwadrans piąta – za oknem jeszcze ciemno i niebo zachmurzone, ale temperatura w okolicy +1 ºC. Jest dobrze, a nawet powiedziałbym - bardzo dobrze – tym bardziej, ze prognozy przewidują nawet słońce. Wyjazd o 6:15 i nad wodą jestem przed ósmą.
Uzbrojenie spinningu i dojście do łowiska zajmuje mi ok. pół godziny i o 8:30 ruszam w górę rzeczki obrzucając wszystkie możliwe miejsca. Jestem naładowany oraz nastawiony pozytywnie i rządny walki z pstrągiem i niedogodnościami terenowymi. Tak mija godzina rzucania obrotówką, lecz bez efektów. Po minięciu kilku książkowych miejscówek oraz prostek trzcinowych dochodzę do nieco zadrzewionych miejsc. Nie jest jakiś las, (chociaż 20m za plecami takowy jest) ot takie pojedyncze Olszyny, którymi często porastają brzegi rzeczek. W takich miejscach gdzie na przemian raz po jednej stronie, raz po drugiej obrastają brzegi Olsem a rzeka, pomimo jej prostego odcinka, zaczyna „meandrować” tworząc bełty, cofki i wiry. Nauczony wieloletnim doświadczeniem zacząłem obrzucać te miejsca. Nie było jednak łatwo, ponieważ tym razem wziąłem z sobą spinning dł. 2,90m (drugi 2,10m został w samochodzie) i raz po raz obijałem gałęzie drzew, co skutkowało niezbyt precyzyjnymi rzutami. Tym bardziej, że rzeczka w tym miejscu ma ze cztery metry szerokości. Po trzecim czy czwartym rzucie w bełty, wyciągając obrotówkę wydawało mi się, że coś się „zagotowało” w wodzie. Często tak się dzieje, gdy prąd wody jest wartki i woda podmywa brzeg z korzeniami drzew. Zazwyczaj nic się nie dzieje – tym bardziej, że nie widziałem błysku atakującej ryby. Jednak tym razem coś mi podpowiedziało abym jeszcze raz rzucił w to samo miejsce. Tak też zrobiłem. W pierwszej fazie nic się nie dzieje, ale zwijam linkę (od lat używam linki #0,10÷0.12mm i niezbyt szybkich spinningów) do końca, prawie pod końcową przelotkę. Bywało, że właśnie za wcześnie wyciągnięta przynęta (w takim miejscu) z wody skutkowała niezapiętym prawidłowo pstrągiem, a tym samym spięciem się ryby. Jak wyżej napisałem zwijam prawie do przelotki widząc już przynętę i właśnie w tym momencie następuje atak „od dołu”. Adrenalina skacze do maximum. Odległość między obrotówką a przelotką nie jest większa jak pół metra. Na ułamek sekundy przestają kręcić korbką kołowrotka jednocześnie minimalnie opuszczając spinning nad lustro wody. Choć trwa to sekundę, może dwie, ja widzę atak jak na zwolnionym filmie. Z otwartym pyskiem, prosto jak pocisk z karabinu, Pstrąg wciąga Mepps’a zaciskając zęby na przynęcie. Zacinam umiarkowanie-tak z nadgarstka-bo gałęzie i tak skutecznie by zacięcie zblokowały. Poza tym Kropek jest zapięty idealnie i tylko dzięki ugięciu szczytówki nie nastąpiło rozerwanie pyska. Energicznym ruchem bez żadnego holu pstrąg ląduje na brzegu. Może właśnie, dlatego jest w doskonałej kondycji, bo jest jeszcze mało pożywienia w wodzie, chociaż pojawiły się pierwsze żabki. Niewymęczony przydługim holem zmierzony i sfotografowany wraca do wody. Ma równe 43cm. pięknie ubarwiony samiec. W tym miejscu muszę dodać zwłaszcza mniej doświadczonym wędkarzom, że taki atak Pstrąga i w takim miejscu w 99% kończy się pustym zacięciem spięciem się ryby, gdyż z reguły robimy to zbyt wcześnie. Jesteśmy zaskoczeni taką sytuacją gdzie już mamy przynętę „prawie” nad wodą. Po prostu nie wytrzymujemy „ciśnienia”. Mnie zdarzało się to wielokrotnie i nawet przy poprzedniej wyprawie z moim bardziej doświadczonym kolegą Stanisławem omawialiśmy takie sytuacje.
Dalszy odcinek rzeki nie przynosi już żadnych niespodzianek w postaci kontaktu z Kropkiem. Nawet wzrokowego. Około południa wychodzi słońce i temperatura powietrza nieco się podnosi. Jednak po kolejnej godzinie postanawiam zakończyć wędkowanie na tym łowisku i udać się w nieznane. Jest za wcześnie na powrót do domu, więc postanawiam odkryć coś nowego, w sensie łowiska. Tak też się staje. Jadąc główna drogą zauważyłem maleńki ciurek i zaciekawiony jego potencjałem wodnym, postanowiłem spenetrować jego nurt. I mimo, że przysłowie mówi – „im dalej w las tym ciemniej” – to w tym przypadku było odwrotnie. Rzeczka mnie zaintrygowała, wiec postanowiłem iść dalej. Im dalej szedłem tym było jaśniej. I dosłownie i w przenośni. Niebo było prawie bezchmurne, (po przedpołudniowych chmurach nie było śladu) słońce cudownie przygrzewało, a rzeczka stawała się „jaśniejsza”, czyli coraz bardziej ciekawa. Wziąłem krótszy (dobrze wozić dwa różnej długości) spinning i zacząłem obławiać Ciurek, bo wyglądał obiecująco. Najbardziej to, że nie odnalazłem nad nim żadnej ścieżki ani śladu ludzkiej stopy. Ci Pstrągarze, co chadzają, jak ja wiedzą, o czym piszę! Jest to marzenie każdego z nas. Byleby jeszcze jakieś branko?! Rzeczka nie kazała mi zbyt długo czekać. Po przejściu ok. 500m i kilkudziesięciu rzutach następuje atak jakieś trzy metry ode mnie. Znowu krótki hol i pstrąg na brzegu. Jest dobrze odżywiony i także pięknie ubarwiony samczyk. Pomiar 39cm, fotka i wraca do wody w super kondycji.
Na tym zakończyłem dzisiejsze wędkowanie obiecując sobie powrót za tydzień(?) nad ten sam Ciurek…
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama