Chciałbym w tym artykule opisać swoje dwie, zapewne ostatnie nocki w tym sezonie na wodą. Tytuł tego wpisu, zawierający znane polskie przysłowie, jest umyślnie przekręcony. Dlaczego tak jest - to powinniście wywnioskować w dalszej części tekstu.
Za cel pierwszej wyprawy obraliśmy sobie zbiornik zaporowy Domaniów. Wędkarzom z mojej okolicy tego łowiska nie należy nawet przedstawiać - tutaj można praktycznie złowić wszystko. Co prawda nie jest to już takie "eldorado", jakie było jeszcze kilka lat temu (niestety głównie z powodu dużej presji wędkarskiej i praktycznie nielimitowanych połowów...), ale nadal można liczyć na spotkanie z dużą rybą. I z taką nadzieją wybrałem się z ojcem 20 września na nocne łowy.
Nad wodę dotarliśmy po południu. Jednak aż do rana nie doświadczyliśmy żadnych brań. Dopiero wtedy zaczęły brać leszczyki - takie 0,5-0,8 kg, ale 3 sztuki nie można nazwać dobrym wynikiem, w dodatku złapane przez ojca. Koło godziny 10:20 stało się coś niespodziewanego - mocne przygięcie na moją wędkę, czym prędzej zacinam i czuję niesamowity opór. To "coś" po drugiej stronie robi ze mną co chce - muruje mocno do dna, a gdy mi się wydaje, że w końcu odpuści na chwilę, to zaczyna jeszcze mocniej przyginać. Nie wiem co mam robić - czy przykręcać hamulec, czy popuścić, w każdym razie nie mogę nawet trochę zwinąć żyłki, bo ryba nie odpuszcza. Niestety delikatny "picker" i przypon "gotowiec" nie są moimi atutami w walce z tym monstrum. W końcu czuję brak oporu - już myślę, że to koniec, ale po chwili ściągania czuć, że jeszcze siedzi, ale to była tylko chwila nadziei. W końcu zwijam zestaw z urwanym przyponem. Przypuszczałem, że w końcu przypon nie wytrzyma - nie był to zestaw przygotowany na taką walkę. To na pewno była ryba życia - karp albo może nawet sum, w każdym razie pierwszy raz w mojej wędkarskiej przygodzie nie mogłem opanować poczynań ryby. Pewnie wpływ na to miał brak doświadczenia w holowaniu takich zdobyczy. Potem złapałem jeszcze leszcza podobnego do tamtych poprzednich, ale to już nie było to samo. Tym razem tą najważniejszą walkę przegrałem.
Drugą wyprawę zaplanowaliśmy na 25 września (sobota). Jako że w weekend na Domaniowie zwykle nie ma gdzie nawet palca wetknąć, zdecydowaliśmy się na Radomkę. Zajechaliśmy na wodę standardowo po południu. W dzień brak brań, a gdy się ściemniło - po 19:00 na wędce zameldował się około 30 centymetrowy karpik. Ostatnim razem brania zaczęły się zdecydowanie później, dlatego początek wydawał się obiecujący. Nic bardziej mylnego - oprócz japońca wielkości dłoni nic więcej w nocy się nie wydarzyło. Rozczarowani takim obrotem spraw myśleliśmy, że tym razem wyprawa nad Radomkę nie przyniesie nic szczególnego. A jednak znów zaskoczenie - o godz. 7:15 będąc nieco oddalony od swojego stanowiska słyszę dźwięk grzechotki i widzę "drgającą szczytówkę". Przybiegam i zacinam - czuć opór i to niemały. Po kilku minutach holu widać złote przebłyski pod wodą - to leszcz! Tata sprawnie podebrał zdobycz. Leszcz mierzy 55 cm i waży 2,12 kg. To niesamowite, że to drugi wypad nad Radomkę (wcześniej miesiąc temu) i drugi raz złapałem ponad 2-kilogramowego leszcza! Tym razem to ja jestem górą.
Te kolejne wyprawy to kolejne lekcje wędkowania. Należy zadbać o każdy szczegół, bo wędkarz może zawieść, a sprzęt nie powinien. A jak się ewentualnie zdarzy porażka, trzeba być gotowym na rewanż. Trochę szkoda, że ten główny sezon powoli dla mnie się kończy (studia), bo jego końcówka była dosyć udana. Życzę wszystkim tak udanych połowów!
Komentarze