Planowałem ten wypad od dwóch dni. Dzień wcześniej kupiłem zanętę na leszcza "Jaxon" i dwie paczki białych robaczków. Miałem zamiar łowić na jeziorze Duży Margiel niedaleko miejscowości Obozin. Ruszyłem na łowisko odrazu po pracy o godzinie 8. Wiatr był słaby i lekko padało, ale było dość ciepło koło 18 stopni. Gdy dotarłem na miejsce wypakowałem sprzęt i rozrobiłem zanętę, założyłem po 6 białych robaczków na dwie wędki gruntowe oraz wpakowałem porządną ilość zanęty w sprężyny. Nastawiałem się na leszcza. Przez pierwsze dwie godziny oprócz lekkich płotkowych skubnięć nie wzięło nic poważniejszego. Dopiero 3 godzina łowienia dała mi leszczyka około 30 cm, potem drugiego i trzeciego. Zaczęły brać... Wyrzuciłem kolejny raz zestaw i po około 10 minutach zauważyłem na sygnalizatorze delikatne acz typowo leszczowe branie, odczekałem jeszcze kilka sekund i zaciąłem zestaw. W tym momencie poczułem jakby na końcu haczyka znajdował się wielki kamień. W tym momencie zrozumiałem, że zaciąłem coś naprawdę dużego. Ciężar był niesamowity, ale powolutku ryba dała się holować do brzegu jednocześnie mocno szarpiąc na boki zestawem. Po około 10 minutach z nieustanna walką z rybą i siedzeniem jej przy samym dnie dała się poderwać w górę i moim oczom pokazał się piękny złoty leszcz. Przy maksymalnym napięciu żyłki podciągnąłem go do brzegu i złapałem za skrzela. Tak...wreszcie był mój! Moja radość nie miała końca...
Komentarze